Unia Europejska, Liga Środkowoeuropejska a polskie Kresy Wschodnie

Share Button

Po co zawiera się unie?

Unie międzypaństwowe nie mają na celu ułatwienia handlu, wprowadzenia swobody przepływu osób, towarów czy usług. Wystarczające ku temu są bowiem porozumienia o wolnym handlu. Unie zawierane są dla osiągnięcia korzyści politycznych, których zainteresowane strony nie mogą uzyskać samodzielnie. Najlepszym tego przykładem jest Unia Europejska, będąca strategicznym układem Francji i Niemiec. W ramach tego duetu Berlin uzyskał wsparcie Paryża i dogodne instrumenty dla osiągania dominacji nad Europą Środkowo-Wschodnią i Bałkanami, a Francja poparcie Niemiec w jej polityce w Afryce północnej oraz w basenie Morza Śródziemnego.

            Cele zawierania unii międzypaństwowych są wciąż takie same, jak przed setkami lat. Bogate doświadczenie w tej mierze posiada także Polska.

Unia personalna Królestwa Polskiego z monarchią węgierską za panowania Ludwika Węgierskiego (1370-1382) miała na celu pogodzenie interesów obu krajów w odniesieniu do Rusi Halicko-Włodzimierskiej.[1] W zamian za objęcie polskiego tronu przez Ludwika, wojska węgierskie wspomagały naszych rycerzy w walkach przeciwko Litwinom, którzy również dążyli do zajęcia tej części Rusi.

            Tak samo korzyściom politycznym służył późniejszy związek Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim. Początkowo chodziło o złamanie potęgi Krzyżaków nad Bałtykiem, którzy państwu litewskiemu zagarnęli Żmudź, a Polsce Pomorze Gdańskie. Później obie monarchie łączyła konieczność obrony ich południowych granic przed Tatarami. Postępująca zaś latynizacja i polonizacja Wielkiego Księstwa, jak też przyłączenie do Korony Polskiej, na mocy Unii Lubelskiej 1569 r., ziem ukrainnych, podyktowały włączenie się naszego Kraju w wojny Litwy z Wielkim Księstwem Moskiewskim, a następnie Carstwem Rosyjskim.

            Mało kto natomiast pamięta, że unia personalna Królestwa Polskiego z Cesarstwem Rosyjskim w latach 1815-1831 wiązała się z obietnicą Aleksandra I  –  Cesarza Rosji i zarazem Króla Polski – przyłączenia do Królestwa Kongresowego Ziem Zabranych[2]. I gdyby przyrzeczenie to zostało zrealizowane, nie doszłoby zapewne do powstania listopadowego 1830 r., którego celem było właśnie Ziem Zabranych odzyskanie.

Czy wszyscy członkowie unii mają zawsze wspólne interesy?

Skoro więc związki międzypaństwowe służą wzajemnej pomocy w kwestiach polityczno – terytorialnych, to jak to możliwe, że w skład Unii Europejskiej wchodzi 27 państw narodowych, których interesy tak trudno pogodzić? Otóż dzieje się tak dlatego, iż większość krajów UE jest niepodległa jedynie formalnie, a w istocie podporządkowane są polityce europejskich mocarstw, dla których Unia jest dogodnym instrumentem realizacji ich narodowych dążeń.[3] I tak np. nie mają wspólnych zamierzeń polityczno – terytorialnych tacy członkowie UE jak Węgry i Rumunia, czy też Niemcy, Polska i Republika Litewska.

Uczestnictwo większości krajów w Unii Europejskiej jest wyłącznie skutkiem wytworzenia się ośrodka siły, którego wpływom kraje małe i słabe nie były w stanie się oprzeć. Można nawet przyjąć, że gdyby nie istniały poza Unią Europejską, inne ośrodki siły międzynarodowej, to szybko rozrastałaby się ona na rozległe obszary Azji centralnej (np. Azerbejdżan, Gruzję, Kazachstan), Bliskiego Wschodu i północnej Afryki. Tym bardziej, że status nowych, niezamożnych członków UE nie jest równoprawny z krajami starej Europy nie tylko pod względem politycznym, co pozostaje domeną liderów Unii, ale także ekonomicznym. Podlega on również dalszej degradacji, albowiem prawa członkowskie w Unii Europejskiej nie są stałe, i po przystąpieniu danego kraju do owej Unii na wynegocjowanych zasadach, narzucane mu są warunki coraz mniej korzystne. Nowi członkowie, wbrew własnym kalkulacjom, stają się bezwolnymi wasalami duetu francusko-niemieckiego, płatnikami netto budżetu Unii, pozbawionymi wpływu na decyzje w tej organizacji podejmowane.

Istnieje zatem podstawowa różnica pomiędzy unią partnerską państw równoprawnych, w której każdy podmiot, niezależnie od swojego potencjału demograficznego, gospodarczego i militarnego, ma taką samą ilość przywilejów i zobowiązań, a warunki uczestnictwa ustalone w momencie akcesji pozostają w zasadzie niezmienne, a unią imperialną, polegającą na dominacji kilku sprzymierzonych ze sobą podmiotów nad pozostałymi członkami związku.

Unia partnerska zakłada tyle ośrodków centralnych i decyzyjnych, ile jest podmiotów federacji. Taką formą wspólnego państwa była w szczególności monarchia polsko-litewska, cechująca się równorzędnością stron oraz warunków uczestnictwa, i to pomimo, iż siła demograficzna i gospodarcza Polski i Litwy była nieporównywalna.

Z kolei imperium składa się z suwerennego centrum i podporządkowanych mu prowincji. W przypadku Unii Europejskiej ośrodek decyzyjny imperium stanowią Niemcy i tracąca na znaczeniu Francja, a pozostałe kraje, takie jak Włochy, Hiszpania, Polska, Węgry, itd. pełnią rolę peryferii.

Imperium europejskie stworzone przez Berlin i Paryż to kolejny tego typu twór w Europie. Poprzedzały go m.in.: starożytne Cesarstwo Rzymskie, wczesnośredniowieczne Cesarstwo Karolińskie, Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, Cesarstwo Francuskie za Napoleona Bonaparte i hitlerowska III Rzesza.

Unia Europejska jako wzorzec federalizmu dla państwa średniej wielkości

Przykład Unii Europejskiej wskazuje, że unia wielu podmiotów prawa międzynarodowego może funkcjonować jako strategiczne porozumienie dwu organizmów suwerennych, uzgadniających między sobą swoje interesy i narzucających je zdominowanej reszcie krajów.

Ponieważ sposób zorganizowania UE dobrze służy takim państwom średniej wielkości jak Francja i Niemcy, które jakkolwiek silniejsze od Polski, nie mogą przecież równać się prawdziwym potęgom światowym (np. USA, Rosja, Indie czy Chiny), to model ten może zostać wdrożony z korzyścią także dla innego państwa średniej wielkości, takiego chociażby jak Polska.

Program zrzeszania się kraju średniego z innymi podmiotami prawa międzynarodowego, zrealizowany w strukturze i sposobie funkcjonowania Unii Europejskiej, opiera się na następujących założeniach:

  1. Cele polityczno-terytorialne inicjatora unii mogą być skutecznie osiągane w federacji z wieloma innymi państwami o sprzecznych ze sobą interesach, o ile inicjator będzie liderem takiej grupy państw.
  2. Państwo średniej wielkości o tyle będzie mogło pełnić rolę przywódczą, o ile dobierze sobie, spośród podmiotów liczących się w regionie, lecz nie silniejszych od siebie, współlidera, którego dążenia polityczno-terytorialne nie kolidują z celami inicjatora.
  3. Niezgodność interesów polityczno – terytorialnych pozostałych krajów federacji nie musi szkodzić jej spójności, albowiem mechanizmy podejmowania decyzji w tej organizacji mogą być tak skonstruowane, aby promować jej liderów, a sprzeczności pomiędzy pozostałymi członkami zrzeszenia niwelować.
  4. Po zawiązaniu się jądra unii (do czego wystarczą dwa kraje), jest ono w stanie uzależniać od sobie najpierw podmioty mniejsze i słabsze, a po przyłączeniu ich większej ilości – także państwa większe.
  5. Motorem przystępowania kolejnych podmiotów do unii wcale nie muszą być ich interesy polityczno-terytorialne, ale sytuacja przymusowa, tj. sąsiedztwo owej unii, której siły nie można już lekceważyć.[4]

Polityka zrzeszania się bez wizji i celu szkodzi Polsce

Wciągnięcie Polski do Unii Europejskiej, tj. pod zwierzchnictwo francusko-niemieckie, stało się możliwe wyłącznie dzięki sprawowaniu władztwa nad naszym Krajem przez niepolskie „elity”. Skutków tego członkostwa nie da się bowiem zaakceptować ani w sferze gospodarczej, społeczno–politycznej, ani tym bardziej kulturowej. Wyglądają one bowiem jak następuje:

1) Zamiast oczekiwanego strumienia pieniędzy na modernizację polskiej infrastruktury, nasi zachodni partnerzy doprowadzili do zniszczenia w Polsce przemysłu.[5] Nie jesteśmy też w stanie budować w Polsce potrzebnej ilości dróg, linii kolejowych i urządzeń użyteczności publicznej, bo własne środki krajowe wpłacamy do budżetu w Brukseli, a stamtąd już tych pieniędzy nie możemy tak łatwo pozyskać, zwłaszcza na projekty infrastrukturalne, gdyż w budżecie Państwa Polskiego i jednostek samorządu terytorialnego często brakuje funduszy na wymagany wkład własny. Ponadto przyznawanie nam środków unijnych będzie zależało od promocji przez Polskę ideologii gender[6], co jest wobec katolickiego Narodu Polskiego wyjątkowo perfidną agresją.

2) O istotnych dla Narodu Polskiego kwestiach rozstrzygają pozostający w cieniu i nie poddani żadnej demokratycznej kontroli właściciele mediów głównego nurtu. A ponieważ ten segment rynku informacyjnego w Polsce został przejęty przez obcy kapitał, radio, prasa i telewizja stały się orężem w rękach nie-Polaków, za pomocą którego atakują oni naszą świadomość narodową, religię i kulturę. Ośrodki propagandy i dezinformacji, którymi de facto są kontrolowane przez nie-Polaków media, degradują jakość debaty publicznej w ważnych dla Polski kwestiach, co utrudnia ich rozwiązywanie i odzyskanie przez Rzeczpospolitą podmiotowości na arenie międzynarodowej. Ponadto wprowadzana do szerokiego obiegu wulgarna i agresywna retoryka wykopuje pomiędzy Polakami głębokie podziały polityczne i kulturowe. Co więcej, zostaliśmy przez wrogie polskości media pozbawieni możliwości rozeznawania, co tak naprawdę leży w interesie nas samych, naszych rodzin i wszystkich Polaków. W końcu zaś, za sprawą antypolskich mediów, demokratyczne procedury wyborcze, oraz wyłaniane przy ich zastosowaniu instytucje przedstawicielskie, zostały wypaczone i, podobnie jak u schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiej, przestały służyć Narodowi, a wykorzystywane są wręcz przeciwko niemu.

3) Za składki członkowskie wpłacane przez Polskę do kasy Unii i przy wsparciu miejscowych najemników-renegatów, realizowane są na szeroką skalę programy unijne propagujące rzekome „wartości” europejskie. Prawo zaś ustalania owych „wartości” przypada w osi Paryż – Berlin liberalnym, ateistycznym Francuzom. Inni członkowie Unii Europejskiej nie mają na wymiar kulturowy starego kontynentu większego wpływu. Korzystając zatem z instrumentów, które grupie francuskich masonów daje Unia Europejska (dyrektywy Parlamentu i Rady UE oraz rozporządzenia Komisji Europejskiej wprowadzające zgubne dla chrześcijańskich narodów programy „równościowe” i tolerancjonistyczne), rozbijają oni rodzime kultury w pozostałych 26 krajach zamieszkiwanych przez kilkaset milionów chrześcijan.

Nie mniej szkodliwe dla Polski od pozostawania w składzie UE, jest uleganie podszeptom o rzekomo strategicznym znaczeniu dla naszej Ojczyzny Republiki Ukraińskiej i Republiki Litewskiej, podczas gdy polskie interesy polityczno-terytorialne są absolutnie nie do pogodzenia z interesami Żmudzinów i szowinistów ukraińskich. Wbrew poglądom „jagiellonowców”, nie ma bowiem trwałych podstaw do budowania bloku państw bałtycko-czarnomorskich. I choć rodzimi mesjaniści podsuwają nam doktrynę z teki Jerzego Giedroycia zapewne w dobrej wierze, to skutek polegający na nie sięganiu przez Naród Polski po instrumenty właściwe dla realizacji jego autentycznych interesów odpowiada celom naszych nieprzyjaciół i rywali.

Nic więc dziwnego, że sąsiedzi ze Wschodu udają przed Polakami, iż traktują ideę quasi – jagiellońską[7] poważnie i że budują z nami antyrosyjskie, strategiczne partnerstwo[8], gdy tymczasem podejmowane przez nich decyzje wewnętrzne boleśnie godzą w interesy Polski i Polaków, zwłaszcza zaś Kresowiaków.[9] Fakt, że zakładnikami prowadzonej przez Polskę polityki quasi – jagiellońskiej są mieszkający na Kresach rodacy, w ogóle „elit” III RP nie obchodzi.

Jeżeli na interesy krajów za Bugiem spojrzymy bez mesjanistycznych okularów, to z łatwością spostrzeżemy, że Polska sama zabiega o to, by traktowano ją instrumentalnie. Najlepsze karty przetargowe jakimi dysponowaliśmy dla zagwarantowania praw Polaków na Kresach, tj. udzielenie zgody na zawarcie traktatów granicznych sankcjonujących zdobycze terytorialne Republiki Litewskiej, Republiki Białoruś i Republiki Ukraińskiej kosztem Państwa Polskiego, oraz wsparcie tych krajów w pertraktacjach z Unią Europejską, oddaliśmy za darmo. Teraz zaś, gdy Republika Litewska jest już w Unii, a Ukraińcy na europejskiego adwokata obrali sobie Niemców, naprawdę niewiele możemy Żmudzinom i Ukraińcom zaoferować, by ich skłonić do zaprzestania niszczenia w swoich krajach polskości. A ponieważ kluczem do polityki międzynarodowej są interesy etniczne, to ich sprzeczność zawsze będzie wykluczać realne współdziałanie.

Dla wchodzącej w skład UE i NATO Republiki Litewskiej partnerstwo z Polską miałoby może sens wówczas, gdyby nasz Kraj odstąpił jej Suwalszczyznę ze sporym kawałkiem Podlasia. Gdy bowiem niepolskie „elity” III RP już dawno się zrzekły arcypolskiej Wileńszczyzny, to drugi raz „strategicznego” daru Żmudzinom z tego regionu nie uczynimy. Analogicznie trzeba by okupić partnerstwo z Ukrainą. Skoro zaś Państwo Polskie, poprzez działania powyższych „elit”, odstąpiło od swoich suwerennych praw także do Wołynia i Podola, to dla dobra polsko-ukraińskiego porozumienia należałoby obecnie zrewidować polskość Chełmszczyzny i Podkarpacia.

 

Perspektywy zawiązania Ligi Środkowoeuropejskiej

W wyniku konferencji jałtańskiej w lutym 1945 r.[10] Polska utraciła na rzecz Litewskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (poprzednik prawny Republiki Litewskiej), Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (obecnie Republika Białoruś) oraz Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (po rozpadzie ZSRS zwanej Republiką Ukraińską) ostatnie dwieście tysięcy km2[11] z ponad pół miliona km2 ziem wschodnich należących do naszego Kraju przed rokiem 1772.[12]

http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Curzon_linia.svg

W 1910 r. na Ziemiach Zabranych żyło ok. 24 500 000 – 26 013 400 ludzi. Zdaniem Romana Dmowskiego populacja Polaków wynosiła tam ok. 6 mln na 26 mln (23% całej ludności). Natomiast Eugeniusz Romer szacował liczebność Polaków na Ziemiach Zabranych na ok. 5 mln na 24,5 mln (20% wszystkich mieszkańców tego obszaru).[13]

Ziemie Zabrane (kolor żółty) na tle granic Królestwa Polskiego z 1772 r. http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Stolen_lands_(ziemie_zabrane).PNG
Ziemie Zabrane (kolor żółty) na tle granic Królestwa Polskiego z 1772 r.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Stolen_lands_(ziemie_zabrane).PNG
 Mapa rozsiedlenia ludności polskiej na ziemiach Korony Królestwa Polskiego z uwzględnieniem spisów z 1916 r. ___ http://pl.wikipedia.org/wiki/Kresy_Wschodnie
Mapa rozsiedlenia ludności polskiej na ziemiach Korony Królestwa Polskiego z uwzględnieniem spisów z 1916 r.
___
http://pl.wikipedia.org/wiki/Kresy_Wschodnie

Na Ziemiach Zabranych nadal zamieszkuje ok. 2260 tys. Polaków.[14] Znajdują się tam także liczne obiekty naszej wielowiekowej na tym obszarze obecności: kościoły, zamki, pałace, dwory, cmentarze, założenia urbanistyczne. Ludność polska na Kresach Wschodnich spotyka się jednak z wieloma przejawami szykan i jest przez narodowe państwa Żmudzinów, Białorusinów i Ukraińców wynaradawiana. Z kolei zabytki polskiej kultury albo uznawane są za żmudzińskie, białoruskie lub ukraińskie, zgodnie z założeniami ich „narodowych koncepcji historii”[15], albo też doprowadzane do ruiny.

W interesie Narodu Polskiego leży zatem przeciwdziałanie depolonizacyjnej polityce nowych państw rozsiadłych na obszarze Korony Królestwa Polskiego.[16]

Ponieważ Państwo Polskie nie dysponuje potencjałem umożliwiającym samodzielne prowadzenie suwerennej polityki zagranicznej, w tym w szczególności ochrony naszych interesów na Kresach Wschodnich, konieczne jest pozyskanie realnego sojusznika, na miarę takiego, jakim dawniej była dla nas Litwa.

Strategicznym partnerem Polski mogłoby obecnie być takie państwo w Europie Środkowej, które posiada znaczący, ale nie większy od polskiego, potencjał demograficzny i gospodarczy, nie ma sprzecznych z naszymi zamiarów polityczno-terytorialnych i dla którego aspiracji bylibyśmy w stanie zaoferować wsparcie. Optymalny byłby zatem kraj borykający się w relacjach z sąsiadami z problemami podobnymi do naszych i skłonny do udzielenia, na zasadzie wzajemności, poparcia dla ich rozwiązania również Narodowi Polskiemu.

W Europie Środkowej, do państw posiadających, poza aktualnymi swoimi granicami, liczną mniejszość narodową i bogatą spuściznę kulturową trzeba zaliczyć, poza Polską, także Węgry. Należą one do współpracujących ze sobą państw Grupy Wyszehradzkiej i są optymalnym kandydatem na współlidera przyszłej Ligi Środkowoeuropejskiej.

Po I wojnie światowej na mocy Traktatu z Trianon 1920 r. rozbite zostały Austro – Wegry, a 2/3 obszaru Węgier została podzielona między sąsiadów:

W wyniku powyższego traktatu Węgry utraciły zatem dostęp do morza, niemal dwie trzecie ludności (pozostało 8 z 21 milionów) oraz dwie trzecie obszaru państwa (pozostało 93 tys. km² z 325 tys. km²). Poza granicami Węgier znalazło się 3,5 miliona Madziarów, głównie w południowej Słowacji i siedmiogrodzkim Seklerlandzie oraz części Wojwodiny. Stanowiło to ⅓ tego narodu. Konsekwencje tych ustaleń pozostają w mocy do dzisiaj.[17]

            Węgrzy zamieszkujący historyczne ziemie Korony Świętego Stefana[18] spotykają się, podobnie jak Polacy na Kresach Wschodnich, z dyskryminacją na tle narodowościowym. I tak np. problemy większości węgierskiej na południowej Słowacji można porównać do sytuacji polskiej większości na Wileńszczyźnie.

Dla zachowania spójności Grupy Wyszehradzkiej oraz jej rozrostu w jeszcze szerszy i ściślej zintegrowany organizm międzynarodowy, taki jak Liga Środkowoeuropejska, należałoby skłonić Bratysławę do zaprzestania szykanowania u siebie ludności madziarskiej. Istotna byłaby tu mediacja obawiających się dominacji niemieckiej Czech, z którymi Słowacja pozostaje w jak najlepszych stosunkach.

Polityka polska winna wiele energii poświęcać możliwie najbliższemu związaniu ze sobą wszystkich państw Grupy Wyszehradzkiej i rozwiązaniu ich interesów w duchu dialogu i porozumienia. Bez bowiem solidarnej współpracy Warszawy, Budapesztu, Pragi i Bratysławy, utrzymanie suwerenności i osiąganie przez Polskę celów na Wschodzie będzie niezmiernie  trudne.

W granicach Ligi Środkowoeuropejskiej mogłaby znaleźć się także Chorwacja, związana politycznie z Budapesztem, choć jej peryferyjne położenie może być również ku temu przeszkodą. Wejściu Chorwacji do tego bloku mogłyby natomiast sprzyjać dobre relacje Ligi z Włochami i Austrią.

Liga mogłaby zostać poszerzona także o Republikę Serbską. Wydaje się bowiem, że bałkańscy Słowianie dobrze traktują zamieszkujących Wojwodinę Węgrów, co pozwala unikać zadrażnień pomiędzy tymi narodami, a interesy Belgradu skierowane są głównie w kierunku Kosowa, Macedonii (państwa wyemancypowanego na terytorium serbskim) oraz Bośni i Hercegowiny.

Zbudowane na początku XX wieku południowosłowiańskie federacyjne państwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców w końcu tego stulecia rozpadło się wskutek interwencji Zachodu, a Serbia pozbawiona została nawet terytoriów wchodzących w jej skład przed powstaniem federacji jugosłowiańskiej: Kosowa i Macedonii. Z utraconych ziem ludność serbska została w znacznym stopniu wypędzona lub żyje w gettach. Należące do niej obiekty sakralne i kulturowe są zaś przez muzułmanów niszczone.

Serbowie są zatem żywotnie zainteresowani współpracą z Polakami, czemu dają wyraz uczestnicząc w Warszawie w marszach niepodległości w dniu 11 listopada.  Wspieraliby więc prawdopodobnie Polskę na Wschodzie w zamian za pomoc w rozwiązaniu ich problemów na Bałkanach.

http://zobacz.info/rozpad-jugoslawii/

http://mondediplo.com/maps/IMG/artoff2037.jpg

 

            Wobec Ligi Środkowoeuropejskiej musiałaby określić się także Republika Litewska. Usiłowałaby ona, jak można przyjąć, do pewnego stopnia Ligę kokietować, dążąc skrycie do uzyskania gwarancji Niemiec lub Rosji dla swojej antypolskiej polityki.

Wzrost siły Polski nie byłby również korzystny dla Republiki Ukraińskiej i Republiki Białoruś – głównych i rzeczywistych beneficjentów rozbioru Polski w latach 1772-1795, układu Ribbentrop-Mołotow (IV rozbiór Polski) oraz ładu jałtańskiego (V rozbiór Polski). 

Wielu polskich polityków, geostrategów i intelektualistów ulega mżonkom o bałtycko-czarnomorskim międzymorzu, nie chce natomiast dostrzec potrzeby rozwiązania nabrzmiałych problemów naszych rodaków na Wschodzie, ochrony polskiej kultury na Kresach Wschodnich oraz zabezpieczenia tamże lechickich interesów gospodarczych. Wiąże się to często z założeniem, że odzyskanie przez Polskę Kresów Wschodnich jest niemożliwe i niecelowe, a tym samym zabieganie o polskość w tym regionie nieperspektywiczne i niepotrzebnie drażniące żmudzińskich i ukraińskich partnerów, jakoby niezbędnych nam do odparcia zagrożenia moskiewskiego.

Taktyka taka, jak i cała giedroyciowska filozofia budowania strategicznego partnerstwa z krajami ULB[19] za cenę ustępstw terytorialnych Polski, nie zyskałaby uznania w Kraju, gdyby nie zniszczenie polskiej elity narodowej w związku z II wojną światową. W miarę więc odbudowywania potencjału patriotycznego w Polsce, spotykać się będzie z coraz większym oporem.[20] Świadczy o tym także to, że nawet podręczniki szkolne do historii wydawane w latach PRL, oddawanie obcym państwom polskiej ziemi określały terminem „zdrada”.[21]

Można zatem kwestionować zasadność zawiązywania sojuszy z nacjami, które uzurpują sobie suwerenność na polskiej ziemi, i które, by wejść w jej posiadanie, dopuściły się na Narodzie Polskim ogromu zbrodni.[22]

Także bieżące interesy naszego Narodu poddają w wątpliwość sens takich paktów, gdy dla trwania polskości na Kresach niezbędne jest w szczególności:

– zahamowanie banderyzacji Ukrainy, tj. gloryfikacji w tym kraju bandytów z Ukraińskiej Powstańczej Armii,

– zapewnienie mniejszościom narodowym w Republice Litewskiej, na Ukrainie i na Białorusi bezpieczeństwa fizycznego i niedyskryminacji,

– uznanie języków mniejszości narodowych w tych państwach, w szczególności mowy polskiej, za urzędowe w rejonach zamieszkiwanych przez owe mniejszości,

– zapewnienie Kościołowi rzymskokatolickiemu na Wschodzie prawa do nieskrępowanego używania w duszpasterstwie języka polskiego, a także zwrócenie Kościołowi obiektów sakralnych będących jego własnością, a przez władze niepodległej Ukrainy i Białorusi przekazywanych Cerkwi Bizantyńsko-Ukraińskiej i wyznawcom prawosławia,

– wprowadzenie wieloszczeblowego szkolnictwa dla mniejszości narodowych, w tym szkolnictwa polskojęzycznego,

– przeciwdziałanie zawłaszczaniu przez etnosy: żmudziński, białoruski i ukraiński polskiego dorobku kulturowego na Kresach Wschodnich,

– zapewnienie potomkom obywateli polskich zamieszkałych w krajach ULB nieskrępowanej możliwości posługiwania się obywatelstwem polskim lub Kartą Polaka,

– zwrócenie Polakom na Wileńszczyźnie ziemi ich przodków, co obecnie blokują szowinistyczne władze Republiki Litewskiej.

            W naszej ocenie, skoro kraje ULB są w kwestii łamania praw polskiej mniejszości zdeterminowane, nie tylko nie mogą być naszym strategicznym partnerem, ale wręcz zasadne byłoby używanie przez polską dyplomację wszelkich dostępnych środków, aby zmusić je do wykonywania międzynarodowo uznanych praw mniejszości narodowych i do wypełniania postanowień zawartych z Polską traktatów bilateralnych, gwarantujących Polakom na Kresach poszanowanie praw ojczyźnianych.[23]

Formalnie rzecz biorąc, odpowiednimi dla rozwiązywania takich problemów instytucjami są: Rada Europejska, Parlament Europejski, Rada Europy i Organizacja Narodów Zjednoczonych. Niemniej nic nie wskazuje na to, aby państwa lub ponadnarodowe organizacje Zachodu chciały angażować się w praktyczne zastosowanie lansowanych przez nie dogmatów o wolności, demokracji i prawach mniejszości, gdy rzecz nie dotyczy praw mniejszości niemieckiej lub dewiantów seksualnych w Polsce, lecz obrony polskiej grupy etnicznej na Wschodzie.

Wszystko przemawia więc za tym, że dla wywarcia skutecznej presji na kraje ULB, w celu rozwiązania polskich problemów na obszarze Kresów Wschodnich konieczne jest pozyskanie innych niż Unia Europejska i Stany Zjednoczone sojuszników. Tym bardziej celowe wydaje się więc zacieśnienie przez Polskę współpracy instytucjonalnej z takimi państwami regionu środkowoeuropejskiego jak: Węgry, Czechy, Słowacja, Chorwacja oraz Serbia.


[3] Z rozbrajającą szczerością ten prosty mechanizm ujawnił prezydent Francji Jacques Chirac http://natemat.pl/511,wojna-polsko-francuska-pod-flaga-ue

[4] Ten prosty mechanizm sprawdza się w funkcjonowaniu każdego innego imperium. I tak np. w skład imperium europejskiego III Rzeszy weszły skłócone ze sobą: Słowacja, Węgry i Rumunia, a centrum w Berlinie arbitralnie ustalało granice wewnętrzne pomiędzy tymi protektoratami. Węgrom przyznało część rumuńskiego Siedmiogrodu i południowe skrawki Słowacji, Słowacji zezwoliło na okupację polskiego Podhala, a Rumunii oddało w zarząd odbitą Sowietom Besarabię i czarnomorską część Ukrainy.

[5] Przed przybyciem do Polski „doradców” z  Unii Europejskiej  i wdrożeniem narzuconego nam planu gospodarczego  Sorosa i Sachsa, Polska była, wprawdzie technologicznie zacofaną, ale dwunastą gospodarką na świecie! W. Kieżun, Patologia transformacji, Toruń 2012;   http://blogmedia24.pl/node/52717  http://pl.wikipedia.org/wiki/Plan_Balcerowicza

[6]

[8] W ramach tej gry pozorów powołano litewsko-polski i ukraińsko-polski batalion sił pokojowych oraz nie mające żadnych kompetencji stanowiących Zgromadzenie Parlamentarne Polski, Litwy i Ukrainy.

[11] Województwa: wileńskie, nowogródzkie, wschodnią część białostockiego, poleskie, wołyńskie, lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie.

[12] Chodzi tu o terytoria polskie leżące na wschód od linii granicznej wyznaczonej przez traktat ryski z 1921 r.:  Polskie Inflanty, Kurlandię, Księstwo Żmudzkie, województwa: połockie, mścisławskie, witebskie, mińskie, kijowskie, bracławskie oraz wschodnią część podolskiego i wołyńskiego.

[14] Na stronie internetowej Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” jeszcze rok temu znajdowała się informacja, że liczba Polaków na obecnym terytorium Ukrainy wynosi ok. jednego miliona osób, na ziemiach zajmowanych aktualnie przez Białoruś ok. 900 tys., w zasięgu okupacji Republiki Litewskiej ok. 300 tys., a na Łotwie 60 tys.

[19] Ukraina, „Litwa”, Białoruś.

[20] Należy wskazać, że Litwa kowieńska, będąc od Polski międzywojennej kilkunastokrotnie słabszą, nigdy nie zrezygnowała z postulatu odebrania nam Wilna, do którego uzurpowała sobie prawa. Jej bezwzględne w tym kierunku działania doprowadziły do wkroczenia wojsk żmudzińskich do Wilna w październiku 1939 r. I mimo, że RL była oczywistym agresorem, miasto to zachowała w swoim posiadaniu do dziś.

[21] To, że oceny te odnosiły się do Niemiec i do Rosji carskiej, nigdy zaś do ZSRS, wynikało wyłącznie z zależności politycznej PRL od Związku Sowieckiego.

[22] Chodzi tu w szczególności o masowe egzekucje Polaków dokonywane przez policjantów żmudzińskich w podwileńskich Ponarach oraz o ludobójstwo naszych rodaków na Wołyniu i Podolu, popełnione przez naród ukraiński.

Share Button

Artykuły, które mogą Cię zainteresować:


Polscy politycy nie wiedzą, że Wilno i Lwów są polskimi miastami
Nie mamy już złudzeń, że przywódcy polityczni polskiej centroprawicy, ale i wielu narodowców, są autentycznie przekonani, że Wilno i Lwów nie są polsk…


Gdzie mieszka Duch Narodu Polskiego?
Kresy Wschodnie są obszarem gniazdowym Ducha Narodu Polskiego. Nie można zrozumieć polskości bez utworów urodzonego w Nowogródku (obecnie Białoruś) Ad…


Kapitulanctwo Jerzego Giedroycia
Czesław Podlidecki: „Kapitulanctwo Jerzego Giedroycia”


Separatyści w Polsce w XIX i XX w. na przykładzie Wielkiego Księstwa Litewskiego
Czesław Podlidecki: Separatyści w Polsce w XIX i XX w. na przykładzie Wielkiego Księstwa Litewskiego