Martwi „moralni zwycięzcy” nie przywrócą nam Polski

Share Button

Umrzem lub zwyciężym – nawoływała do powstańczego zrywu pieśń hymniczna znana również jako „Szlachta w roku 1831.” [1]

Kto przeżyje wolnym będzie, Kto umiera – wolnym już! – zachęcała Polaków do walki w tymże samym 1831 r. „Warszawianka”.[2]

O przyszłych granicach Polski zadecyduje krew przelana – perorował powstańczy Rząd Narodowy w roku 1863.[3]

Stawianie życia synów i córek Narodu Polskiego, a także losu przyszłych Jego pokoleń, na szali zrywu niepodległościowego, bez skrupulatnej analizy szans wygranej lub, co gorsza, gdy walka z góry skazana jest na klęskę, jest postawą zasadniczo odmienną od roztropności chrześcijańskiej.

Rozwagę w podejmowaniu tak dalekosiężnych w skutkach decyzji zaleca „Ewangelia według św. Łukasza” – 31 Który władca rozpocznie wojnę nie zastanawiając się najpierw, czy swą dziesięciotysięczną armią zdoła pokonać nadciągające dwadzieścia tysięcy żołnierzy wroga? 32 Jeśli nie jest w stanie, rozpoczyna rokowania pokojowe, dopóki nieprzyjaciel jest jeszcze daleko.[4]

Po fiasku powstania styczniowego 1863 r. Hipolit Korwin-Milewski napisał, że Wszelkie nasze powstania wybuchłe nie w porę powinny być uważane ze względu na ich prowodyrów nie za zasługę, lecz za ciężkie względem ojczyzny winy.[5]

Odnosząc się zaś do ostatniej naszej akcji czynnej, tj. powstania warszawskiego, generał Władysław Anders skonstatował, że było ono kardynalnym błędem z politycznego i wojskowego punktu widzenia, a z moralnego – zbrodnią, za którą odpowiedzialność ponosili: dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór-Komorowski i jego sztab.

W liście do podpułkownika Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy”, dowódca II Korpusu Polskiego pisał o powstaniu 1944 r. tak: Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Chyba nikt uczciwy i nieślepy nie miał jednak złudzeń, że stanie się to, co się stało, to jest, że Sowiety nie tylko nie pomogą naszej ukochanej, bohaterskiej Warszawie, ale z największym zadowoleniem i radością będą czekać, aż się wyleje do dna najlepsza krew Narodu Polskiego.
Byłem zawsze, a także wszyscy moi koledzy w Korpusie zdania, że w chwili, kiedy Niemcy wyraźnie się walą, kiedy bolszewicy tak samo wrogo weszli do Polski i niszczą tak jak w roku 1939 naszych najlepszych ludzi – powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią. (…)
[6]

Prof. Jan M. Ciechanowski – żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, wskazuje, że Niemcy podawali, że w czasie powstania warszawskiego zabili lub wymordowali ok. 200 tys. Polaków – dzieci, kobiet, starców i mężczyzn, obrócili też stolicę Polski w perzynę. Co więcej, ok. 550 tys. ludzi wypędzili ze zniszczonego miasta, z czego 165 tys. wywieźli na roboty w Rzeszy, a 50 tys. wysłali do obozów koncentracyjnych. Na skutek powstania większa część miasta uległa zniszczeniu. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona i 1. Armia WP wkroczyły do miasta ruin i grobów – do miasta warszawskich robinsonów. Takiej ruiny i katastrofy nie przeżyła żadna inna stolica europejska od najazdu Hunów na Rzym.

Przedstawiając zaś postawę generała Andersa wobec powstania prof. Ciechanowski pisze: Co więcej, oceniał, że jakakolwiek akcja przeciwko Niemcom w panujących wówczas w kraju warunkach prowadziła tylko do „niepotrzebnego przelewu krwi polskiej”. Gen. Anders był „na kolanach przed walczącą Warszawą”, ale sądził, że „gen. Komorowski i szereg innych osób” winni stanąć przed sądem za wywołanie powstania. W jego opinii powstanie to leżało jedynie w interesie Niemców i bolszewików. Anders, doświadczony żołnierz i dowódca, uważał, że powstanie nie było należycie przygotowane i nie miało najmniejszych szans powodzenia, a ocena sytuacji militarnej na froncie wschodnim, dokonana przez dowództwo Armii Krajowej pod koniec lipca 1944 r., była fałszywa, z czym trudno się nie zgodzić. Nie uzgodniono też powstania z aliantami zachodnimi i nie upewniono się, „jaką pomoc mogli dać alianci walczącej stolicy”.

Gen. Marian Kukiel, szef Ministerstwa Obrony Narodowej w latach 1943-1945, wyśmienity historyk wojskowości, też uważał powstanie warszawskie za nieszczęście dla Polski. Do wybuchu powstania doszło, jak wiemy, ponieważ Komenda Główna AK uważała, że Niemcy na froncie wschodnim ponieśli już ostateczną klęskę, a wejście Armii Czerwonej do stolicy było tylko kwestią kilku dni.

Zdaniem gen. Andersa skutki i konsekwencje powstania warszawskiego były dla Polski fatalne, gdyż zniszczyły ośrodek dyspozycyjny w kraju, zniszczyły inteligencję i „puls walki o niepodległość w kraju, ułatwiając tym sowietyzację kraju”.

Zdaniem gen. Kukiela do wybuchu powstania doszło, gdyż Komenda Główna AK dokonała 21 lipca 1944 r. zbyt optymistycznej oceny sytuacji na froncie wschodnim. Doszła bowiem do przekonania, że Niemcy na wschodzie doznali druzgocącej klęski oraz że Armia Czerwona wkrótce wejdzie do Warszawy, a następnie będzie kontynuować marsz na zachód, w związku z czym zarządziła stan czujności do powstania powszechnego od dnia 25 lipca, które przewidywało opanowanie przez AK stolicy jako głównego polskiego ośrodka życia politycznego i narodowego, nie przerywając przy tym operacji „Burza”.[7]

            Podejmując decyzję o wywołaniu powstania narodowego, należy przygotować je pod względem militarnym i uzyskać jednoznaczne wsparcie dyplomatyczne oraz wojskowe sojuszników. Trzeba mieć niemalże stuprocentową pewność, iż odniesie ono sukces, a w przypadku ewentualnego niepowodzenia straty ludzkie i represje nie uniemożliwią odzyskania niepodległości w bardziej dogodnym czasie. Nie można bowiem szafować życiem swoim i współobywateli, a tym bardziej, losem następnych pokoleń Polaków. Trzeba zawsze zadawać sobie i innym pytanie: „W jakiej sytuacji znajdą się nasze dzieci i wnuki, gdy przegramy, jeżeli zginiemy”.

Tymczasem nasi powstańcy nigdy rzetelnej analizy szans zwycięstwa nie przeprowadzali. Nie zastanawiali się nad konsekwencjami klęski dla Narodu Polskiego, dla jego spójności, stanu ducha oraz materialnego i terytorialnego zakresu posiadania. Dominowała narodowa megalomania, hurraoptymizm, hasło: „jakoś to będzie”, a po porażkach – żałosna mikromania i duchowa prostracja. Skutek tego jest taki, że po trzech wielkich zrywach niepodległościowych 1830, 1863 i 1944 r. współcześni Polacy nie mają już siły na odzyskanie narodowej wolności. Nie ma komu tego dokonać nawet w tak sprzyjających warunkach, jakie stwarza obecnie demokracja parlamentarna.

Po upadku ZSRS inne narody Europy Wschodniej zrzuciły z siebie jarzmo okupacyjnych „elit”, a Polacy są jedynym społeczeństwem w regionie, któremu się to nie udało. Najbliższą tego przyczyną jest oczywiście eksterminacja naszych narodowych elit w okresie niemieckiej, bolszewickiej i żmudzińskiej okupacji lat 1939-1945, dopełniona stratami poniesionymi w powstaniu warszawskim. Zryw ten stał się zatem zwieńczeniem polskiej narodowej katastrofy. Zamknął też tysiącletni okres w naszych dziejach, rozpoczęty założeniem państwa przez dynastię piastowską.

Od roku 1944 mamy w Polsce do czynienia z innym już poniekąd społeczeństwem. Zostało to celnie ujęte w słowach przypisywanych żydowskiemu pisarzowi Arturowi Sandauerowi: W czasie wojny zginęli prości Żydzi i wybitni Polacy. Uratowali się wybitni Żydzi i prości Polacy. Dzisiejsze społeczeństwo w Polsce to żydowska głowa nałożona na polski tułów. Żydzi stanowią inteligencję, a Polacy masy pracujące.[8]

Polskie powstania narodowe zaczęły być po roku 1989 ponownie ukazywane jako dni chwały i moralnego zwycięstwa. Powstańców apoteozuje się a postawę ideową i sposób działania autorów powstań daje się młodemu pokoleniu za wzór do naśladowania. Entuzjaści powstań wyszukują coraz to nowe, niespecjalnie oparte na faktach, uzasadnienia dla tych dalekosiężnych w skutkach decyzji.

Ekwilibrystykę faktami i emocjami uprawiają zwłaszcza współcześni apologeci powstania warszawskiego 1944 r. Zgodnie z ich frazeologią, akowcy „nie mieli wyjścia” … „mieli prawo umrzeć z godnością” …. „Niemcy i tak by wszystkich warszawiaków wymordowali” … „powstanie musiało wybuchnąć, bo parła do niego oddolnie ludność Warszawy”, itd. Uzasadnienia broniące beznadziejnej, za to brzemiennej w skutkach, decyzji o wybuchu powstania 1944 r. mają charakter dyrektywny, nie znoszący sprzeciwu.

A jednak mogiły powstańcze na warszawskich Powązkach i tablice pamięci w śródmiejskich kościołach, poświęcone ofiarom 1944 r., nie przemawiają językiem zwycięzców, tylko bólu i grozy. Skłaniają do zadumy i refleksji.

Jak potoczyłaby się, zwłaszcza po roku 1989, historia naszego Narodu, gdyby Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych – Kazimierz Sosnkowski wydał dowódcy Armii Krajowej – Tadeuszowi Bór-Komorowskiemu rozkaz zakazujący wywoływania powstania, tak jak domagał się gen. Władysław Anders?

Musimy stawiać takie pytania i oczekiwać rzetelnej na nie odpowiedzi, albowiem żądają od nas tego wymowne epitafia na murach stołecznych świątyń, wykrzykujące o tragicznym końcu elity naszego tysiącletniego, rycerskiego niegdyś Narodu. Domagają się one od nas także, byśmy nie popełnili tego samego błędu.

O powstaniu warszawskim i o innych polskich nieudanych zrywach niepodległościowych należy zatem pamiętać. Trzeba zapalać znicze na grobach poległych oraz przypominać społeczeństwu, kim byli, w co wierzyli i jaką rolę w Narodzie Polskim spełniali. Ale konieczne jest także wyciągnięcie racjonalnych wniosków z poniesionej przez Naród Polski hekatomby.

Na lekcjach historii młodzież winna dowiadywać się, że powstania były nieprzygotowane, że nie miały szans powodzenia. Trzeba jej wyjaśniać, iż ci przywódcy, którzy losem Narodu Polskiego ryzykowali tak jak hazardziści swoją fortuną, nie są żadnymi bohaterami, a raczej podobnymi byli do utracjuszy.

Od smutnego finału ostatniego polskiego powstania, tj. insurekcji warszawskiej 1944 r. upływa już 70 lat, a jego decydenci od dawna leżą w grobach. Prokuratura nie przeprowadzi więc dochodzenia w celu wyjaśnienia, jakimi przesłankami się kierowali i czy były one wystarczające do podjęcia decyzji o rozpoczęciu walki zbrojnej. Nie przesłucha się również świadków i nie postawi nikomu zarzutów.  Śp. Tadeusz Bór-Komorowski nie wytłumaczy więc Polakom, w jaki sposób doszedł do przekonania, że powstanie zwycięży.

Niemniej jednak, pomimo, iż nie da się postawić przed sądem wojskowym lekkomyślnych dowódców, to można i należy, dla dobra potomnych, wymierzyć prowodyrom naszych tragicznych powstań sprawiedliwość dziejową, zdjąć z ich głów aureole narodowej chwały. Powinniśmy także uzmysłowić sobie, że nierozważny insurekcjonizm nie prowadzi do wolności, ale skutkuje niewolą jeszcze cięższą.

Tymczasem liczne środowiska, głównie o charakterze centroprawicowym, które z klęsk powstańczych nie wyciągają żadnych konkluzji, nakazują Polakom nie tyle pamiętać o ofiarach, co podążać dokładnie tą samą co one drogą, tym samym, wiodącym ku katastrofie, tokiem rozumowania.

Chodzi tu o wprowadzanie kultu insurekcyjnych postaw, o zaszczepianie Polakom imperatywu o nieuchronności i słuszności powstań. Tragicznych co prawda w bieżących skutkach, ale rzekomo niezbędnych dla zachowania tożsamości i odzyskania wolności przez następne pokolenia. I to alegorii powstańczej tradycji służą głośne obchody powstania warszawskiego oraz wszystkich pozostałych, nie mniej tragicznych w skutkach, dziewiętnastowiecznych narodowych zrywów.

Większość seminariów, wykładów i uroczystości poświęconych powstaniom ma na celu wykazanie, że naród, który z bronią w ręku nie walczy o swoje wyzwolenie, utracił już ducha, a więc przestał być narodem. Deprecjonuje się tym samym wartość pracy organicznej i taktycznej postawy ugodowej, niezbędnej do zebrania sił i realizacji ambitniejszych interesów narodowych w bardziej sprzyjających warunkach, bez narażania społeczeństwa na nieobliczalne w skutkach fiasko walki zbrojnej.

Środowiska proinsurekcyjne narzucają Narodowi Polskiemu również dogmat o racjonalności powstańczych decydentów oraz o braku innej drogi uzyskania narodowej suwerenności.

Apologeci powstań, wpajając Polakom schemat myślenia insurekcyjnego, sprzyjają wykorzystywaniu takiej właśnie logiki na potrzeby polityki bieżącej. W świetle tej strategii, prawdziwą niepodległość i bezpieczeństwo Polski można uzyskać poprzez udział w konfliktach i wzniecanie antyrosyjskich rebelii na obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw.

I to zapewne z uwagi na instrumentalne traktowanie polskich powstań narodowych przez środowiska centroprawicowe, bierze się ich wściekłość na jakikolwiek głos krytyki powstania warszawskiego, na podważanie zasadności decyzji o jego wywołaniu.

Pomimo jednak świętego oburzenia strażników tradycji insurekcjonistycznej, ci Polacy, którzy chcą nasz Naród autentycznie podnieść z kolan, winni jako postawę właściwą wskazywać pracę u podstaw. Odnośnie zaś insurekcjonizmu, należy niezłomnie dowodzić, że martwi powstańcy nie są żadnymi „moralnymi zwycięzcami”, nie przynieśli nam bowiem wolności. Wolności tej wciąż nie mamy i dekady jeszcze upłyną, zanim odbudujemy prawdziwe elity Narodu, które od wpływu czynników obcych nas oswobodzą.

Nigdzie na świecie nie istnieje pojęcie „moralnego zwycięstwa”. To kategoria typowo polska. „Moralny zwycięzca” to w istocie leżąca w grobie ofiara narodowego braku rozsądku i popełnionych kardynalnych błędów.

W naszej ocenie Naród Polski potrzebuje dla regeneracji sił, po hekatombie II wojny światowej i żydobolszewickim terrorze lat 1944-1956, czterdziestu lat względnego spokoju i w żadną wojenkę przeciwko Moskwie dać się wciągnąć nie może. Tym bardziej, że spodziewana takiej akcji klęska mogłaby stanowić finis Poloniae, ostatnie nasze „moralne zwycięstwo”. Po tym „zwycięstwie” à rebours, Narodu Polskiego by już nie było.

A może współczesnym insurekcjonistom, wciągającym Polaków w wojenne awantury na Wschodzie, o to właśnie chodzi? [9]

Nizina Środkowoeuropejska to dobre miejsce do życia. Jak się Polaków z niej usunie, to zajmą ją inni. Zapewne Żydzi i Niemcy.

 

[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Gdy_nar%C3%B3d_do_boju

[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Warszawianka_1831_roku

[3] H. Korwin-Milewski, Siedemdziesiąt lat wspomnień (1855-1928), 1993 (b.m.w.), s. 40-41.

[4] Ewangelia według św. Łukasza Cena naśladowania Jezusa, werset 31-32.

[5] H. Korwin-Milewski, Siedemdziesiąt…, op. cit.

[6]  Gen. Władysław Anders w liście do podpułkownika Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy”, Linia Gotów, 31 sierpnia 1944 [za:] N. Davies, Powstanie ’44, Kraków 2004 http://pl.wikiquote.org/wiki/W%C5%82adys%C5%82aw_Anders  ;  J. M. Ciechanowski, Powstanie warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, AH im. A. Gieysztora 2009 http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/nie-tylko-glupota-ale-zbrodnia ; Zob. też Kulisy Katastrofy Powstania Warszawskiego 1944 Wybrane publikacje i dokumenty, Nowy Jork 2009, www.powstanie.pl/pobierz.php

[7] J. M. Ciechanowski, Powstanie…, op. cit.

[8] http://f.kafeteria.pl/temat.php?id_p=5745614&start=30

[9] Zob. S. Didier, Rola neofitów w dziejach Polskihttp://chomikuj.pl/TRADITION/Ksi*c4*85*c5*bcki+ku+pokrzepieniu+serc/*c5*bbYDZI+A++POWSTANIE+STYCZNIOWE+-+(1862-1863),3513628374.pdf

Share Button

Artykuły, które mogą Cię zainteresować:


Żydzi wobec niepodległości i granic Polski – w myśli W. Studnickiego i R. Dmowskiego
Walkę o organizację myśli politycznej kraju zaostrzał niepomiernie udział w niej Żydów, zwłaszcza tych Żydów, którzy przemawiali jako Polacy. Żydzi mi…


Nadchodzi czas Wielkiej Polski
Dla nich nie ma już innej idei polskości, jak myśl narodowa. Skoro zaś przyszłość należy do młodych, to czas Wielkiej Polski jest już blisko


Ustrój Polski niepodległej według W. Studnickiego i R. Dmowskiego
Jakąkolwiek wszakże pomyślelibyśmy formę rządu dla dzisiejszego państwa europejskiego, nie znajdziemy takiej, która by posiadała trwałość bez oparcia …


Sytuacja geopolityczna Polski nie uległa zmianie
Polscy narodowcy nie mogą przedkładać jedynie potencjalnie wspólnych interesów (które dotąd, jak i obecnie, nie zaistniały) narodów Międzymorza nad na…