Źródła suwerenności w Polsce

Oparciem dla władzy w państwie mogą być czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z krajem suwerennym, w drugim – niesuwerennym.

Wielu zwykłych obywateli mniema, iż ustrój demokratyczny jest dowodem na niepodległość państwa. Nie wyobraża sobie nawet w jaki sposób większość społeczeństwa – mając przecież w ręku kartkę wyborczą – mogłaby akceptować państwo wasalne. Wiedząc coś niecoś z teorii suwerenności ludu, obywatele stawiają zatem znak równości pomiędzy ludowładztwem a niepodległością. Tymczasem są w błędzie.

Źródłem suwerenności państwowej może być oczywiście także lud, o ile jest świadomy ciążącej na nim odpowiedzialności i o ile kierują nim przywódcy służący niepodległemu narodowemu bytowi.

Suwerenem może być jednak również monarcha absolutny, albo też król dzielący władzę z radą panów – możnowładców czy też ze szlachtą bądź burżuazją zorganizowaną w parlamencie. Warstwy wyższe mogą z kolei swojego monarchę obalić i ogłosić republikę. Wówczas suwerenem stają się właśnie one. Taki republikański ustrój miała Anglia w czasach Olivera Cromwella czy też poniekąd Polska od konstytucji Nihil Novi z 1505 r.

Ale zarówno monarchia, republika, jak i demokracja mogą być podporządkowane ośrodkom zewnętrznym. Takimi czynnikami były w przeszłości m.in. Cesarstwo oraz Papiestwo.

Z perspektywy trzystuletniej już niemal tradycji polskiej walki o wolność rzeczą zdumiewającą jest natomiast to, że współczesna Polska swojej suwerenności wyzbyła się dobrowolnie. Zrobiła to nawet oficjalnie, uzyskując na to akceptację demokratycznej większości społeczeństwa. Suwerenem w Polsce od 2005 r. jest więc formalnie Rada Europejska i Komisja Europejska, realizujące swoje kompetencje przy pomocy niewybieralnego aparatu biurokratycznego – eurotechnokratów. Niemniej sposób wykonywania władzy w III RP świadczy o tym, że przeniesienie suwerenności z ludu na rzecz czynników zewnętrznych nie jest w Polsce takie samo, jak w krajach Europy Zachodniej. Nie polega ono na wzajemnym i równomiernym dzieleniu się suwerennością w ramach instytucji Unii Europejskiej, lecz na oddaniu się pod władztwo i opiekę najsilniejszych państw Unii, głównie Niemiec. 

Dlaczego polscy politycy zdecydowali się na taki krok? Dlaczego nie chcieli, aby suwerenem w Polsce był polski lud albo naród? Czyżby obawiali się, że upodmiotowiony naród może ich przywódczej roli pozbawić i powierzyć kierowanie państwem komuś innemu?

Politycy Unii Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Akcji Wyborczej „Solidarność”, a później Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, choć różnili się programami i w wielu kwestiach proponowali rozwiązania odmienne, najwyraźniej jednak polskiemu wyborcy nie ufali. Nie wierzyli bądź to w jego roztropność bądź też – i był to w wielu przypadkach czynnik zasadniczy – byli przekonani, że wolni Polacy przepędzą ich na cztery wiatry.

Lęk przed polskim ludem i tą świadomą swojej tożsamości częścią Polaków, która stanowi Naród Polski, wyraża się w oskarżaniu nas o nacjonalizm i antysemityzm. Zarzuty te skądinąd jasno definiują obce pochodzenie naszych przywódców. Tłumaczą również motywację zdrady stanu, której się dopuścili pozbawiając Rzeczypospolitą niepodległości.

Ale przecież oddanie suwerenności podmiotowi zewnętrznemu nie daje gwarancji Platformie Obywatelskiej i Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, że administrować będą Polską wiecznie i że będą mogły one ograbiać Polaków bez końca. Bo przecież suweren zewnętrzny może zlecić zarządzanie nadwiślańskim lennem innej ekipie. Mało tego, jeżeliby suweren uznał, że PO i PSL na nazbyt wiele sobie pozwalają, mógłby pokazać im czerwoną kartkę – albo poprzez presję medialną (czy to za pomocą mediów w Polsce, czy też polskojęzycznych stacji nadających z zagranicy), albo poprzez kompromitację tej ekipy przez służby specjalne.

Być może zatem za sprawowanie władzy w Polsce obecny „rząd” musi się swojemu zagranicznemu panu sowicie opłacać. Cena musi być wysoka tym bardziej, że metody wypełniania przez koalicję PO-PSL funkcji władczych jawnie przeczą deklarowanym w Unii Europejskiej zasadom demokracji, przejrzystości władzy, walki z korupcją, itp.

Gdyby Polska była pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i dzieliła się suwerennością z innymi jej członkami, to naruszanie w Rzeczypospolitej podstawowych europejskich wartości wywoływałoby na Zachodzie zrozumiałe oburzenie i oskarżenia. Być może nawet sformułowane by zostały żądania obalenia tej władzy, a z pewnością uznania wielu nadwiślańskich satrapów za persona non grata w krajach UE. Udzielono by też zapewne wszechstronnej pomocy polskiej opozycji, a może nawet nałożono by na III RP sankcje ekonomiczne, z zawieszeniem członkostwa w UE włącznie. Taki scenariusz o mały włos nie został zastosowany wobec niepokornych Węgier i byłby z pewnością wdrożony względem Polski, gdyby władzę w naszej Ojczyźnie przejęła partia głosząca program suwerenności narodowej.

Tymczasem Platforma Obywatelska, mimo, że sposób jej postępowania coraz bardziej rodzi skojarzenia z ekipą Gierka albo i Gomułki, uznawana jest na Zachodzie za partnera wiarygodnego, a jej szef Donald Tusk został nawet Przewodniczącym Rady Europejskiej.

Wiele wskazuje zatem na to, że Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe w zamian za zgodę i pomoc Zachodu, zwłaszcza Berlina, na sprawowanie władzy w Polsce, wnosi regularnie haracz w postaci likwidacji kolejnych instytucji Państwa Polskiego, grabieży majątku narodowego (dedykowanej głównie kapitałowi niemieckiemu), przyzwolenia na okradanie Polaków przez zachodnie banki, wreszcie poprzez przyjmowanie ustawodawstwa łamiącego kręgosłup moralny Narodu Polskiego i niszczącego jego samoistność. Wszystkie te działania w sposób oczywisty doprowadzą nas do takiego stanu, że wcielenie istotnych części Polski do Niemiec z nadaniem reszcie naszego Kraju statusu „terytorium wewnętrznego Unii Europejskiej” (eufemistyczna nazwa kolonii) może stać się realnym przedmiotem europejskiej polityki. Bo jakże tolerować w środku Europy bezhołowie?

Smutny jest los Polski tym bardziej, że główna partia opozycyjna, w której polscy patrioci pokładają nadzieję na złamanie władzy niemieckich nadzorców, tj. Prawo i Sprawiedliwość, zachowuje się tak, jakby wcale do odzyskania narodowej suwerenności nie dążyła. Umocowanie dla swej władzy postrzega w Stanach Zjednoczonych i nawet się z tym nie kryje.

Na pierwszy rzut oka zamiana pana z Berlina na Waszyngton wydawać nam się może korzystna. Germanie bowiem są za miedzą i o ich złych wobec Polski zamiarach nie trzeba świadomych Polaków przekonywać. Co innego Stany Zjednoczone. One są daleko. Walczą z Rosją o wpływy w Europie Wschodniej i można nawet liczyć, że u boku Wielkiego Brata uda nam się ugrać jakiś własny interes. Tym bardziej, że Amerykanie łudzą nas, że wyrzucając Moskwę z naszej części kontynentu zrealizują marzenie Józefa Piłsudskiego i Jerzego Giedroycia – Międzymorze.

Uważniejsze przyjrzenie się polityce amerykańskiej każe jednak skonstatować, że USA są przede wszystkim ramieniem syjonizmu i że polityka Waszyngtonu w Europie służy głównie interesom Narodu Wybranego. Obok dominacji niemieckiej Amerykanie mogą nam zatem zafundować umocnienie wpływów żydowskich. Skoro zaś w kwestii polityki historycznej doszło do tak istotnego zbliżenia stanowisk Niemców i Żydów, że odpowiedzialność za Holokaust została przerzucona na nasz naród, to można przypuszczać, że i w innych sprawach znaleźliby wspólny interes na zgubę Rzeczypospolitej.

Czy zatem jest uzasadnione przekonanie części Polaków, że zamiana Platformy Obywatelskiej na Prawo i Sprawiedliwość ma znaczenie dla polskiej suwerenności, czy też drogi do jej odzyskania należy upatrywać gdzie indziej?

Pomóżmy rządowi repatriować Polaków z Donbasu

Rząd chce pomóc Polakom na Wschodzie, ale w tym momencie nie ma pieniędzy…

Bajeczkę tę znamy już od ćwierćwiecza. Rządy Unii Demokratycznej i Akcji Wyborczej „Solidarność” (poprzednicy personalno-ideowi Platformy Obywatelskiej) przekonywały nas niegdyś , że są gorącymi zwolennikami repatriacji Polaków z Kazachstanu. Miała ona objąć grupę od kilkudziesięciu do maksimum stu tysięcy naszych obywateli[1], którzy znaleźli się w Azji Środkowej na skutek deportacji ze wschodniego Wołynia i Podola w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Tymczasem przed uchwaleniem ustawy o repatriacji, w latach 1997-2000 w ramach akcji repatriacyjnej przybyły do Polski zaledwie 1972 osoby. Po uchwaleniu zaś ustawy, w latach 2001-2009 wróciło do Ojczyzny 4070 repatriantów, w tym jedynie ok. 500 osób skorzystało z repatriacji zorganizowanej i sponsorowanej przez gminy, czyli wykorzystując możliwości, które daje ustawa. Pozostali repatrianci przyjechali do Polski na własną rękę, korzystając z indywidualnych zaproszeń.[2] Trzecia RP całkowicie zawiodła. Sprawę „odfajkowano” jako załatwioną i wsunięto głęboko do szuflady. Nie rozumieliśmy dlaczego tak się stało. Przecież widzieliśmy, że środki na repatriację są, skoro rządy marnotrawiły je na wiele bezużytecznych, a wręcz szkodliwych dla Polski przedsięwzięć.

Problem Polaków ze Wschodu wielokrotnie powracał. Za każdym razem jego rozwiązanie rozbijało się o, rzekomo przejściowe, trudności finansowe, proceduralne, itp.  Gdy we wrześniu 2010 r. do Sejmu trafił obywatelski projekt ustawy repatriacyjnej, podpisany przez 215 tysięcy osób, który miał pomóc w powrocie do Polski tysiącom naszych rodaków, deportowanych do azjatyckiej części Związku Radzieckiego, posłowie Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego projekt ten zignorowali, nie nadając mu biegu legislacyjnego.[3] W Stanowisku Rządu w sprawie obywatelskiego projektu ustawy o powrocie do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich wskazano, że „Analiza projektu ustawy pod kątem zasad techniki legislacyjnej wykazuje wiele nieścisłości, braków (brak definicji, uszczegółowień) i sprzeczności, do których Rząd szczegółowo odniesie się w toku ewentualnych [sic?!] dalszych prac legislacyjnych.”[4]

Również obecnie, gdy przychodzi do repatriacji do Polski raptem stupięćdziesięciu naszych obywateli  ze wschodniej Ukrainy, rząd Ewy Kopacz powołuje się na określone trudności. Tymczasem raport Najwyższej Izby Kontroli z listopada 2014 r. stwierdza, że to urzędnicy MSW przyczyniają się do znikomego odsetka powrotów Polaków ze Wschodu. Administracja rządowa przez kilkanaście lat nie potrafiła stworzyć systemu rozwiązań prawnych, organizacyjnych ani finansowych wspierających powroty. Zdaniem NIK urzędnicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie dlatego nie chcą pomóc w ewakuacji Polaków ze wschodu Ukrainy, bo nie mają gdzie ulokować uchodźców lub nie mają za co, ale dlatego, że są niekompetentni, oraz nie respektują Karty Polaka, twierdząc, że taki dokument nie jest dla nich wystarczającym potwierdzeniem pochodzenia polskiego i nie stanowi podstawy do wydania zezwolenia dla Polaków z Donbasu na osiedlenie w Ojczyźnie.[5] Wysocy funkcjonariusze państwowi łamią tym samym ustawę z dnia 7 września 2007 r. o Karcie Polaka, która w art. 3 expressis verbis stanowi, że „Karta Polaka jest dokumentem potwierdzającym przynależność do Narodu Polskiego” oraz art. 52 ust. 5 Konstytucji RP, w świetle którego „Osoba, której pochodzenie polskie zostało stwierdzone zgodnie z ustawą, może osiedlić się na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej na stałe.” Tylko zatem nasza obojętność pozwala rządowi na takie bezprawie.

Były wiceminister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski powiedział, że „podobno pani minister Piotrowska zaleciła premier Kopacz wstrzymać ewakuację z obawy, że za tą setką Polaków ruszą tysiące następnych, a Polska jest podobno nieprzygotowana. A przecież poprzedni minister spraw wewnętrznych – Bartłomiej Sienkiewicz fotografował się na tle ośrodków, w których mieliby być przyjmowani uchodźcy z Ukrainy i twierdził, że Polska jest przygotowana.”[6]

Odrzucając Polaków, rząd Ewy Kopacz przygotowuje się natomiast, wskutek presji Zachodu i organizacji międzynarodowych, do przyjęcia uchodźców ukraińskich (nie-Polaków) oraz syryjskich.[7] Znajdzie się również w budżecie państwa  100 milionów dolarów na wsparcie przedsiębiorców na Ukrainie.[8]

Pas d’illusions, Messieurs Dames! Żadnych złudzeń, moi Państwo![9] Musimy zrozumieć, że Polski dla Polaków za darmo nie dostaniemy. Tyle będzie w niej dla nas miejsca, ile go sobie wywalczymy!

Potrzebna jest nam odnowa moralna Narodu, pobudzająca naszą wrażliwość, krusząca obojętność na sprawy publiczne. Myślimy bowiem: „cóż ja jeden mogę, nic ode mnie nie zależy”. Ewentualnie doradzamy swoim latoroślom: „Wyjeżdżajcie dzieci z tego kraju. Ja tu jeszcze jakoś dożyję, ale dla was przyszłości nie ma tu żadnej”. Albo wręcz mówimy: „Polacy to głupole, z nimi nic nie da się zrobić. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.” I o to właśnie chodzi rządowi. Skłócić Polaków ze sobą, zatomizować, posadzić przed telewizorami i zmanipulować medialnymi kłamstwami. Wówczas rząd będzie spokojny, choć Polska pogrążać się będzie w ubóstwie, beznadziei i zakłamaniu, w systemie wrogim Narodowi, naszej tradycji, religii i interesom gospodarczym.

Najlepszym sposobem na przełamanie zatwardziałości serc Polaków byłyby modlące się publicznie na ulicach polskich miast krucjaty różańcowe.  Skoro udało się tą metodą przebudzić Węgrów, to może się ona powieźć także u nas. Potrzeba tu jedynie wielkoduszności i zapału hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego.

Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że polskiego ludu nie popchną do czynu nawet najroztropniejsze rady napisane w Internecie czy wypowiedziane w klubie dyskusyjnym. Pozostanie on na nie obojętny. Porwać go może jedynie żywy przykład czynu, słowo wykrzyczane na ulicy.

Nie inaczej jest ze sprawą Polaków z Donbasu. Mogłaby ją popchnąć z miejsca wielka demonstracja Wolnych Polaków pod Kancelarią Premiera, domagająca się od rządu wypełnienia postanowień obowiązującego prawa i repatriacji Polaków ze Wschodu. Są już przecież w Polsce siły, które taką manifestację mogą zorganizować. I to do nich z apelem w tej kwestii się zwracamy.

Warto to zrobić również z tego powodu, że manifestacja taka mogłaby połączyć wszystkich polskich patriotów, niezależnie od różniących ich kwestii.

[1] Polacy zamieszkujący kraje byłego ZSRS, nie opuszczając dobrowolnie obszaru ziem polskich w granicach przedrozbiorowych, nie mogą być przez Państwo Polskie uważani za cudzoziemców (w przeciwieństwie do znacznej części „elit” III RP pochodzenia sowieckiego).

[2] http://www.pah.org.pl/nasze-dzialania/146/repatrianci

[3] http://www.rp.pl/artykul/1120211.html

[4] http://www.google.pl/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=3&ved=0CC0QFjAC&url=http%3A%2F%2Fbip.msw.gov.pl%2Fdownload%2F4%2F11300%2FstanowiskoRzadu.pdf&ei=tIGiVJPtJojEPOZw&usg=AFQjCNHYW2j2GgGKiG9G_Wyqx3pG_fa4Tg

[5] http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/227715-dr-wyszynski-polacy-z-donbasu-to-bezbronne-ofiary-iii-rp-niekompetencji-urzednikow-i-zgody-na-lamanie-konstytucji

[6] http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/227601-problemy-z-ewakuacja-naszych-rodakow-z-ukrainy-waszczykowski-na-ich-miejscu-czulbym-sie-zdradzony-przez-polske-nasz-wywiad

[7] http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/uchodzcy-z-syrii-przyjada-do-polski,500102.html

[8] http://polskiepiekielko.pl/359-800-000-zl-na-wsparcie-ukrainskich-przedsiebiorcow/

[9]  Trawestacja odpowiedzi cara Aleksandra II, udzielonej polskiej delegacji (wyrażającej nadzieję, że car przywróci Polsce niepodległość): „Point de rêveries, Messieurs!” Żadnych mrzonek, Panowie!  http://www.slownik-online.pl/kopalinski/ECB79D6002315B86C1256580000AE69D.php

Konkurowanie o nadwiślańskie lenno

W okresie zaborów Żydzi w naszym Kraju utożsamiali się z interesami Prus i Rosji, a nie Polski. Wynikało to z faktu, że nacja żydowska, sama ojczyzny nie posiadając, z łatwością przybiera sobie ojczyzny zastępcze. Warunkiem jest uzyskanie protekcji takiego państwa, czy to chroniącej przed interesami ludności tubylczej, czy też – w przypadku wielkiego handlu i kapitału żydowskiego – przed interesami gospodarczymi innych państw. Skoro zaś Państwa Polskiego przez 123 lata na mapie Europy nie było, Żydzi w Polsce swoje interesy wiązali z państwami zaborczymi.

Żydzi silnie związali się z militaryzmem pruskim, a potem niemieckim, który dla własnych korzyści finansowali. Byli też jednym z głównych czynników germanizacyjnych w zaborze pruskim. Potęga niemiecka pozwalała Żydom na uzyskiwanie lukratywnych kontraktów tak w Rzeszy, jak i na obszarze krajów Niemcom podporządkowanych (niemiecki wielki obszar gospodarczy, Mitteleuropa). „Od początku wojny [I wojny św.] było widoczne, że polityka żydowska pracuje na rzecz państw centralnych. Najlepiej widzieliśmy to my w Polsce, gdzie wszyscy Żydzi we wszystkich trzech zaborach bądź współdziałali bezpośrednio z Niemcami i Austrią, bądź też, o ile występowali jako Polacy, wzięli czynny udział w robocie austrofilskiej i w aktywizmie… Ekspansja gospodarcza i finansowa Niemiec w środkowej i wschodniej Europie była w ogromnej mierze ekspansją kapitału i wpływów żydowskich. Stąd w szerokich planach berlińskich całkowitego zapanowania w tej części świata, w konstrukcjach Mitteleuropy, Berlin-Bagdad, w próbach ostatecznego ujarzmienia Rosji, Żydzi widzieli wielki dla siebie interes. Gotowali się do roli współgospodarzy tego systemu…. Jeżeli Żydzi w roku 1917 przeszli formalnie na stronę sprzymierzonych [Francji, Anglii, Włoch i USA], to nie znaczy, żeby opuścili całkiem Niemcy i Austrię, a tym samym poświęcili interesy żydowskie w tych dwóch państwach. Wszystkich swoich wpływów używali oni w dalszym ciągu, ażeby ocalić Austro-Węgry od rozbioru i uratować z planów niemieckich co można, przede wszystkim zaś nie dopuścić do wyzwolenia Polski spod władzy Niemiec. Alianci mogli wyjść zwycięzcami, ale Mitteleuropa winna być urzeczywistniona.”[1]

Te same względy powodowały wiązanie się Żydów z państwem carów. I to niezależnie od oficjalnego rosyjskiego antysemityzmu. Ciągła ekspansja Moskwy dostarczała bowiem coraz to nowych rynków zbytu, kolejnych obszarów do handlu i interesów.  W konsekwencji, w latach I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej, wobec sprawy niepodległości i granic Polski Żydzi byli wyraźnie wrodzy.

            Także Polska współczesna nie jest mocarstwem, dzięki poparciu którego można czerpać na świecie ogromne korzyści. Patriotyzm polski nie może się więc globalnym żydowskim interesom opłacać. Mało tego, podobnie jak w okresie zaborów, nasza Ojczyzna nie jest nawet suwerenna. Tak zatem jak wówczas, protekcji przynoszącej korzyści rozległym interesom gospodarczym można poszukiwać jedynie poza granicami Polski.

Problem nielojalności Żydów wobec Polski zapewne by się rozwiązał, gdyby nie zajmowali oni uprzywilejowanej pozycji w naszym Państwie. Objęli ją zaś w wyniku eksterminacyjnej polityki III Rzeszy w stosunku do polskich elit narodowych. Elita bowiem żydowska, której Niemcy z kolei wymordowali lud, stała się po II wojnie światowej, mocą decyzji Józefa Stalina, zasadniczym trzonem elity w Polsce. Od tego czasu nie musieli już Żydzi zabiegać o protekcję legalnych władz polskich, lecz o utrzymanie nadanej im przez Sowietów pozycji społecznej. Nie dowodzenie polskiego patriotyzmu, lecz wierności obcemu mocarstwu stało się gwarantem ich interesów w Polsce. Musieli się więc stale Moskwie okupywać. 

            Sprawowanie władzy w państwie totalitarnym nie mogło sprawiać żydokomunie trudności. Gwarantowało ją „Ludowe Wojsko Polskie” i milicja, a ponadto siły sowieckie. Nie przeprowadzało się żadnych wyborów, które mogłyby Żydów nadanego jarłyku pozbawić.

            Pozycja Żydów została zachwiana w roku 1968, lecz w roku 1989 udało im się, dzięki porozumieniom okrągłostołowym, do rządów w Polsce powrócić. Czy zasadna jest jednak hipoteza, że to sprawowanie władzy w warunkach demokratycznych przez mniejszość narodową, skompromitowaną budową totalitaryzmu i kolaboracją z okupantem, wymagało utrzymania statusu Polski jako kraju niesuwerennego? Tak czy owak piecza nad ustrojem naszego Kraju i stosunkami w nim panującymi została poddana nadzorowi i kontroli czynnika zewnętrznego, nadrzędnego nad Narodem Polskim. Powstały więc warunki, aby z zewnętrznym ośrodkiem siły wejść w stosunek inwestytura-lenno. Scenariusz taki mógłby wydawać się fantastyczny, gdyby nie odpowiadał zamierzeniom Żydów przejęcia kontroli nad ziemiami polskimi u schyłku I Rzeczypospolitej. Jak wskazuje Roman Dmowski „Osiągnięcie tego celu było najłatwiejsze przez doprowadzenie państwa polskiego do upadku i do przejęcia ziem polskich pod władzę obcą, która by mogła korzystać z pomocy żydowskiej do panowania w Polsce.”[2] Stąd też nie można wykluczyć, że i po wyjściu Polski spod zwierzchnictwa rosyjskiego, w interesie Żydów leżało pilne wciągnięcie naszego Kraju w sieć innych zależności międzynarodowych. Niby to więc z woli Narodu Polskiego zwierzchność nad naszą Ojczyzną uzyskały Stany Zjednoczone (jako kraj wiodący w NATO) oraz Niemcy (jako najsilniejsze państwo Unii Europejskiej).

            W okresie III RP, w interesie przetransformowanej żydokomuny mogą być w różnym stopniu wykorzystywane tak USA, jak i kraje Unii Europejskiej. Im to więc, co można wnioskować z kulisów prywatyzacji, udzielała ona korzyści ekonomicznych ze szkodą dla Narodu Polskiego. W zamian otrzymywała akceptację i wsparcie dla pełnienia roli „polskiej elity”. Przyjmując takie założenia za podstawę dalszych rozważań, trzeba by uznać, że akcja prywatyzacyjna w Polsce, dedykowana międzynarodowemu kapitałowi, stanowi konieczną zapłatę za pomoc Zachodu w utrzymaniu się u władzy w Rzeczypospolitej elity w znacznej mierze niepolskiej, komunistycznej, nadto skompromitowanej kolaboracją z Sowietami.

W każdym razie żydokomuna akcję uwiarygodnienia się na Zachodzie niewątpliwie podjęła. Uzasadniając swoją niezastąpioną rolę nadzorcy Polaków i rzecznika interesów Europy, za plecami ludności tubylczej, przedstawiała ona w Stanach Zjednoczonych i w Unii Europejskiej związek zawodowy „Solidarność” oraz większość Polaków jako „antysemicką hołotę”, z którą nie da się rozmawiać. A więc to żydokomuna i ich demoliberalni sojusznicy mają być tą światłą grupą w Polsce, która podziela „europejskie wartości” i w pełni zapewni integrację Polski ze strukturami euroatlantyckimi oraz wdrożenie u nas tych wszystkich norm, które służą politycznej poprawności i promują ideologię gender.

Naszą hipotezę można rozszerzyć poprzez założenie, że nadwiślańscy wasale wykupują poparcie Zachodu dla siebie nie tylko polskim majątkiem narodowym, ale też rozkładaniem moralności i tożsamości Narodu Polskiego. Zniszczenie zaś podstaw ekonomiczno-moralnych naszego Narodu jest szczególnie oczekiwane przez Niemcy i antychrześcijańskie organizacje masońskie. Erozja wartości narodowo-katolickich i rozpad Narodu Polskiego są oczywiście korzystne także dla obecnej liberalno-lewicowej elity w Polsce, gdyż w państwie narodowym, w dłuższej perspektywie czasowej, przewagę uzyskałyby siły konserwatywne.

Nie sposób nie zauważyć, że po tragicznym dla Żydów okresie hitleryzmu, Żydzi i Niemcy stali się na powrót starym, dobrym małżeństwem. Nie może więc dziwić, iż Żydzi już zapomnieli, że to Niemcy zgotowali zagładę milionów ich rodaków, i że winą za Holokaust obarczają Polaków. A postawa taka, prezentowana na Zachodzie także przez Żydów konserwatywnych, uwiarygadnia tezy żydokomuny w Polsce, że my Polacy nie jesteśmy godni rządzić się samodzielnie i że jedynie Żydzi (czytaj: żydokomuna) i ich sprzymierzeńcy mogą zapewnić porządek i realizację interesów zachodnich w Polsce.

          Wraz z powstaniem Prawa i Sprawiedliwości zarysowała się jednak alternatywna koncepcja realizacji interesów żydowskich w Polsce, oderwana od tendencji lewicowych i bardziej dogodna dla Polaków. Te siły polityczne, które współdziałają z żydokomuną, zyskały zatem konkurenta do lenna nad Polską. Że to o taki właśnie sposób przejęcia władzy w Polsce chodzi centroprawicy zdaje się świadczyć to, iż politycy PiS niespecjalnie pobudzają swój elektorat do walki o odzyskanie przez Polskę suwerenności. Co więcej, nawet nie deklarują, że pod ich rządami Polska opuści te międzynarodowe struktury, które niepodległości nas pozbawiają. Niezależnie jednak od uzależnienia od obcego mocarstwa, przejęcie władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość byłoby z pewnością dla Narodu Polskiego zmianą korzystną. Postulatem PiS jest bowiem powstrzymanie rozkradania Polski przez „elity” dotychczasowe i ukrócenie lewackich pomysłów ideologicznych Platformy Obywatelskiej. Jeżeli jednak pisowcy deklarują zatrzymanie wyprzedaży majątku narodowego dla zachodniego kapitału i obronę polskiej tożsamości narodowej, to z pewnością nie mogą liczyć na poparcie lewackiej Unii Europejskiej. Spotkają się raczej z jej przeciwdziałaniem, wzmocnionym wpływami  Niemiec i organizacji masońskich. Nie może więc dziwić, że apel o nadanie im Polski w lenno partia Jarosława Kaczyńskiego kieruje pod adresem Stanów Zjednoczonych.

            Doskonale orientując się w tym, że oficjalny Waszyngton znajduje się pod przemożnym wpływem Żydów, politycy Prawa i Sprawiedliwości kokietują więc konserwatywne sfery żydowskie w USA (konserwatywno-syjonistyczne). Sprzyja temu fakt, że również w PiS-ie jest wiele osób pochodzenia żydowskiego, aczkolwiek większość z nich uznaje tradycyjne wartości i odcina się od żydokomuny. Pisowcy są zawsze pierwsi w popieraniu amerykańskich awantur wojennych na Bliskim Wschodzie. Na każdym kroku usiłują też dowodzić, że pozostają wiernymi przyjaciółmi Izraela. W czasie swojej krótkiej władzy w latach 2005-2007 usiłowali kontrakty zbrojeniowe dla Polski realizować właśnie w tych dwóch państwach. Przy każdej okazji politycy centroprawicy podkreślają też wspólnotę losów Polaków i Żydów, wielowiekowe, jakoby wzajemnie korzystne, współistnienie obu narodów na ziemiach polskich. Skłonni są do oferowania z budżetu państwa znacznych sum na projekty wspierające kulturę żydowską, choć nie zawsze są one korzystne dla polskiej polityki historycznej. Politycy Prawa i Sprawiedliwości promują też w Polsce żydowskie święta religijne i snują tezy o rzekomej wspólnocie religijnej chrześcijan i żydów.

            Można sądzić, że gdyby politycy PiS nie posiadali w Polsce na drodze do władzy takiego konkurenta, który już reprezentuje interesy dużej części Żydów, to polityka kokietowania lobby żydowskiego w USA mogłaby zamierzony skutek osiągnąć. Ponieważ jednak partia władzy [PO] w znacznym stopniu interesy polskiego i międzynarodowego żydostwa jednak realizuje, wypada wątpić czy nadzieje polityków Prawa i Sprawiedliwości  mogą się spełnić.

Wprawdzie bowiem w roku bieżącym to prawdopodobnie Amerykanie sprowokowali w Polsce aferę taśmową, w wyniku której odwołany został z Polski, z funkcji premiera, proniemiecki, a zarazem sprzymierzony w Polsce z liberalno-lewicowym żydostwem, Donald Tusk (któremu od razu niemieccy protektorzy powierzyli rolę prezydenta Unii Europejskiej), ale nie zdecydowali się na osadzenie na polskim lennie Jarosława Kaczyńskiego, kokietującego Żydów tradycjonalistów i syjonistów.

Pomimo odniesionych niepowodzeń, politycy PiS nadal zdają się liczyć na to, że ich zaangażowanie w sprawę wciągnięcia Polski w wojnę na Ukrainie będzie motywowało lobby żydowskie w USA do osadzenia u steru władzy w Warszawie właśnie ich. Natomiast Platforma Obywatelska, widząc włączenie się Amerykanów do gry o władzę w Polsce, również stanęła w chórze piętnującym rosyjską agresję na Ukrainie. Uczyniła to zaś być może w uzgodnieniu z Berlinem, który wyczuł słabość Moskwy i szansę uzyskania przez Niemcy dominującej pozycji w całej Europie Wschodniej.

            Wolta dokonana przez polityków Platformy Obywatelskiej w sprawie Rosji (od polityki miłości do nawoływania do wojny) spowodowała, że szanse Prawa i Sprawiedliwości na uzyskanie wsparcia USA w obaleniu rządów PO i zajęcie miejsca dotychczasowego wasala Zachodu, znacznie się obniżyły. Jeżeli by nawet ewentualnie przyjąć, że dla zapewnienia udziału naszego Kraju w operacji na Ukrainie (co leży w interesie syjonizmu), lobby żydowskie w USA nie sprzeciwiłoby się obaleniu obecnej, proniemieckiej władzy w Polsce, to wobec zmiany frontu dokonanej przez Platformę Obywatelską w sprawie Rosji, stało się to bezprzedmiotowe.

            Ponieważ w interesie Polaków leży odzyskanie niepodległości, a ani rządząca Platforma Obywatelska, ani opozycyjne Prawo i Sprawiedliwość takich celów nie deklarują, lecz właśnie pozostawanie w Unii Europejskiej i Pakcie Północnoatlantyckim, polscy patrioci nadal powinni zachowywać zdrowy dystans wobec oficjalnych programów tych stronnictw.

[1] Roman Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa, t. II, Warszawa 1989, s. 49-52.

[2] R. Dmowski, op. cit. s. 52.

Chrześcijanie Europy – zapraszamy do Polski

        W tolerancjonistycznej Unii Europejskiej brakuje tolerancji dla chrześcijan. Nie ma w niej też wolności, ani demokracji, choć na wolność i demokrację jej ideolodzy, klasa polityczna oraz biurokraci na każdym kroku się powołują. Kraje Unii Europejskiej niespecjalnie też mają się jak do takich tradycji odwołać, albowiem poza Polską wolności i demokracji w nowożytnej Europie było jak na lekarstwo. Jedynie w nielicznych krajach istniały niektóre ich przejawy.

Instytucjonalne fundamenty Unii Europejskiej wyraźnie wskazują, że z powyższymi wartościami jej nie po drodze. Nie można zatem liczyć na zaprowadzenie w krajach Unii Europejskiej autentycznej wolności i demokracji. Choć więc dewizą Unii Europejskiej jest: „Wolność, Równość, Braterstwo”, to już wykładnia przez jej ideologów owych pojęć prawego Polaka wprawia w zdumienie. Wolność w cywilizacji łacińskiej nie istnieje bowiem bez wolnego społeczeństwa, tj. społeczeństwa zorganizowanego i niezależnego od państwa.  Pojęcie wolności spreparowane zaś przez ideologów Unii Europejskiej jest pozbawione niemalże tego wszystkiego, co odnosi się do praw i swobód w sferze publicznej, narodowej i religijnej.

Wolność masońska (a o taką właśnie chodzi w UE) nie ma nic wspólnego z prawami narodu zagwarantowanymi w sferze publicznej, z prawem do swobodnego urządzenia sobie państwa i społeczeństwa, bez ingerencji ośrodków zewnętrznych i grup interesu. Wolności masońskiej nie po drodze jest zwłaszcza z prawem do kultywowania tradycji przodków, ojczystego języka, rodzimej kultury, uwolnienia się od zewnętrznych wpływów i dyktatu obcych państw, instytucji i korporacji. To wolność niszczenia więzi społecznych i narodowych, tradycji, kultury i bazującej na nich demokracji. To wolność od obowiązków ojczyźnianych i odpowiedzialności za rodzinę i naród. To wolność do samolubnego zażywania przyjemności, do odarcia się z godności ludzkiej i narodowej oraz pozbawienia godności swoich bliskich i współobywateli. To wolność tarzania się w błocie, plucia na uznane wartości i świętości, czynienia tego, na co pozwolą nadzorcy zniewolonego społeczeństwa. To sterroryzowanie ludzi mądrych, prawych i oddanych dobru publicznemu. Dlatego wolność masońska równa się niewoli narodów chrześcijańskich.

Także równość tak głośno eksponowana przez eurokratów, nie służy budowie wolności i demokracji. Wolność i demokrację możemy bowiem zbudować jedynie w państwie narodowym, którego obywatele poczuwają się do odpowiedzialności za jego losy. Stopień, w którym poszczególni członkowie narodu podejmują tę odpowiedzialność rodzi hierarchię, która jest zaprzeczeniem równości. Równość zatem to puste hasło rzucone dla zrewolucjonizowania tłumów w walce przeciwko Kościołowi, tradycji, narodowi i jego państwu.

            Tolerancja, w tym zwłaszcza tolerancja religijna, której nie można utożsamiać z jej masońską antytezą – ideologią tolerancjonizmu, jako wyraz wolności i poszanowania godności osoby ludzkiej jest wartością wyłącznie cywilizacji łacińskiej. Nigdzie indziej nie występuje.

I tak, cywilizacja występująca w Rosji i w Niemczech oparta jest na biurokratyzmie, silnej władzy państwowej i słabym społeczeństwie, wykluczających w sferze publicznej wolność jednostki. W cywilizacji tej realizuje się w istocie regułę cuius regio eius religio[1], a nie zasadę tolerancji wyznaniowej.

Z kolei Francja i Hiszpania przynależały co prawda niegdyś do cywilizacji łacińskiej, lecz liczne antychrześcijańskie i antyrojalistyczne rewolucje przywiodły te kraje pod władztwo masonerii, liberałów i socjalistów, jednakowo wrogich Kościołowi rzymskokatolickiemu i wolności.

Pozostałe zaś państwa w Europie o tradycji łacińskiej zostały rozbite (jak Austria) bądź podporządkowane woli mocarstw spoza tej cywilizacji (jak np. Włochy).

Natomiast powstała na gruzach chrześcijańskiej Europy i stojąca w wyraźnej opozycji do wartości cywilizacji łacińskiej Unia Europejska skutecznie uniemożliwia wdrożenie w krajach członkowskich zasad wolności i tolerancji religijnej.

            Od czasów reformacji protestanckiej na Zachodzie do Polski napływali uciekinierzy sumienia z europejskich „zamordystanów”. Tylko bowiem w Rzeczypospolitej Polskiej mogli oni swobodnie wyznawać dowolną religię chrześcijańską – od katolicyzmu poczynając, poprzez luteranizm, arianizm i kalwinizm.

Wielu natomiast spośród tych, którzy do Rzeczypospolitej przybyli jako protestanci, licząc na zaszczepienie w naszym Kraju różnych herezji, nawróciło się na religię rzymskokatolicką. Szczególnie liczne były konwersje na katolicyzm w drugim pokoleniu przybyszy.

Osoby uciekające przed opresyjnymi systemami władzy w Europie Zachodniej i przed prześladowaniami religijnymi były często wybitnymi indywidualistami, naukowcami, myślicielami, ludźmi intelektualnie i moralnie niepospolitymi. Wtapiając się w polskość wzbogacali nasz Naród w te niezwykle cenne cechy.

            Doświadczenie z przeszłości wskazuje, iż to właśnie nie poddawanie się właściwemu dla krajów Europy Zachodniej zamordyzmowi, przez który rozumiemy ustrój uniemożłiwiający funkcjonowanie wolnego społeczeństwa, ale wierność wartościom cywilizacji łacińskiej doprowadzić może nasz Kraj do potęgi i dobrobytu. Należy założyć, że tak jak przed wiekami do wolnej Polski przybywaliby z Zachodu uchodźcy religijni, u nas właśnie poszukujący swobody dla chrześcijańskich przekonań i wypowiedzi, wolności badań naukowych oraz praktyk religijnych. Przez kolejne pokolenia wtapialiby się oni w tkankę Narodu Polskiego. Zakładając w Polsce rodziny z osobami narodowości polskiej, przyjmowaliby nasz język, kulturę i zwyczaje. Taką właśnie drogą weszli w skład Narodu Polskiego choćby Platerowie, Fryderyk Chopin, Mikołaj Kopernik, Władysław Studnicki czy Jan Matejko. Zatem współcześnie metoda ta mogłaby ułatwić odbudowę warstwy intelektualnej Narodu, wyniszczonej niemalże doszczętnie w XX w. przez Niemców, Sowietów i innych sąsiadów.

Wydaje się więc, że wysiłek obecnego pokolenia Polaków winien zmierzać do utrzymania chrześcijańskiego charakteru Kraju, bo tylko katolicyzm pozwala urzeczywistniać drogie nam wartości: wolność, tolerancję i personalizm. Wiedzieli o tym nasi przodkowie i dlatego w czasie, gdy na zachodzie Europy rozgorzały wojny religijne i płonęły stosy, u nas rozkwitła autentyczna wolność i demokracja, a do naszego Kraju napływali imigranci podzielający uznane przez nas wartości. Walka z chrześcijaństwem prowadzona współcześnie przez kraje i instytucje Europy Zachodniej sprzyjać może zatem, tak jak niegdyś, napływowi do Polski miłujących wolność chrześcijan. Serdecznie ich zapraszamy!

[1] Czyj kraj tego religia.

Nowy Porządek Świata i zniszczenie państw narodowych

W 2009 r. nakładem Wydawnictwa Antyk Marcin Dybowski ukazało się polskie tłumaczenie dzieła Epiphaniusa – Ukryta strona dziejów. Nowy Porządek Świata. Nowy Ład Ekonomiczny. Globalizm. Masoneria i tajne sekrety.

            Pozycja ta odsłania i opisuje szereg zagrożeń stwarzanych dla cywilizacji łacińskiej (Christianitas) przez instytucje i urządzenia polityczno-ekonomiczne inspirowane doktryną Gnozy. Spośród całej gamy niebezpieczeństw na szczególną uwagę czytelnika polskiego zasługują te, które bezpośrednio dotykają instytucji państwa narodowego, a które stały się udziałem Polski w konsekwencji przystąpienia naszej Ojczyzny do Unii Europejskiej.

Ze zdumieniem bowiem Polacy stwierdzają, że raptem w 10 lat od akcesji do tej organizacji, Kraj nasz pozbawiony został suwerenności, o którą walczyły pokolenia Polaków. Głęboko zaawansowana jest już również destrukcja instytucji Państwa Polskiego i pozostałych urządzeń krajowych, a ponadto Naród Polski znalazł się na krawędzi rozkładu kulturowego, moralnego i demograficznego.

            Dla dobitności przekazu myśli wypływającej z dzieła Epiphaniusa przyjęliśmy formułę cytowania wypowiedzi wybitnych osobistości świata polityki i finansów Zachodu, podważających zasadność istnienia państw narodowych w tworzonym Nowym Porządku Świata.

W kontekście spostrzeżeń Epiphaniusa należy także odczytywać otwarte już działania Janusza Palikota (Europa Plus Twój Ruch) oraz Ruchu Autonomii Śląska na rzecz separatyzmu ślązakowskiego, którego skutkiem może być oderwanie Górnego Śląska od Polski.

I tak: w 1946 r. Charles Riandey, Suwerenny Wielki Komandor Rady Najwyższej (33. stopień Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego) Francji zapowiedział:

(…) istnieje jednak potrzeba totalitarnej organizacji światowej, gdzie nie będzie miejsca dla prymatu jakiejkolwiek idei narodowej. Powstanie ona nieuchronnie we właściwej godzinie – godzinie, która jeszcze nie nadeszła i w uprzedzeniu której nikt nie powinien być zainteresowany, ponieważ owoców nie zbiera się wcześniej, zanim dojrzeją (…)

To przejście (od wymiaru partykularnego do zbiorowego) (…) dokona się ostatecznie dopiero wówczas, gdy cały świat uzna autorytet jednej, uniwersalnej instancji regulującej i koordynującej.[1]

Fryderyk Joliot-Curie – członek Komitetu Pugwash[2], laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, honorowy członek moskiewskiej Akademii Nauk, Wysoki Komisarz ds. Energii Atomowej w latach 1946-50, laureat Stalinowskiej Nagrody Pokoju oraz działacz Ruchu przeciw Rasizmowi i Antysemityzmowi i na rzecz Pokoju zapowiedział, że Przyszła wojna będzie wojną niewidzialną. Dopiero, gdy dany kraj zauważy, że jego plony uległy zniszczeniu, jego przemysł jest sparaliżowany, a jego siły zbrojne są niezdolne do działania, zrozumie nagle, że brał udział w wojnie i że tę wojnę przegrywa.[3]

            Z kolei Arnold Toynbee, wybitny członek brytyjskiego Round Table[4], oznajmił w czerwcu 1931 r. w Kopenhadze podczas IV konferencji „Institute for the Scientific Study of International Relations”, iż: Obecnie pracujemy dyskretnie, lecz usilnie nad tym, jak odebrać lokalnym państwom narodowym naszego świata ową tajemniczą moc, która się zowie suwerennością. A za każdym razem zaprzeczamy ustami temu, co czynimy rękoma…[5]

            Baron Edmund de Rotszyld (1926-1977), ważna osobistość świata żydowskiego i jedna z czołowych postaci Klubów Bildenberg[6] oraz Komisji Trójstronnej[7], prezes szwajcarskiego banku, stwierdził natomiast, iż Europa Zachodnia, czyli sześć krajów Wspólnego Rynku plus Wielka Brytania i ewentualnie Irlandia oraz kraje skandynawskie – na zasadach, które będą wymagały sprecyzowania – utworzą federacyjną Europę polityczną. Ale ponieważ każdy człowiek czuje potrzebę bycia osadzonym w jakimś lokalnym środowisku, będzie się on identyfikował z regionem – wszystko jedno, czy będzie się ona nazywać Wirtembergia, Sabaudia, Bretania, Alzacja-Lotaryngia czy Walonia. Ważne, że ma zostać rozsadzona struktura Narodu [państwa narodowego].[8]

            Słowa Rotszylda są zbieżne z tezami masońskimi: Idea ojczyzny – przynajmniej w jej obecnym rozumieniu – powinna zostać zniszczona w umysłach dzieci; powinna ona zostać całkowicie zmieniona.[9]

            François-Xavier Ortoli, przewodniczący Komisji Europejskiej, wskazał zaś, iż Europa nigdy nie powstanie – czy to w tej formie, czy w innej – inaczej jak poprzez zniszczenie potęgi państw.[10]

George Brock Chisholm, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), wyjaśnił, w jaki sposób ten nowy ład światowy będzie mógł zostać zrealizowany:

Zadaniem każdego [programu antykoncepcyjnego] będzie praktykowanie ograniczania urodzin i działanie na rzecz zawierania małżeństw mieszanych [międzyrasowych], by powstała jedna rasa w ujednoliconym świecie podlegającym władzy centralnej.[11]

            Z kolei twórca paneuropeizmu Richard Nicolaus Coudenhove-Kalergi[12] orzekł, że Człowiek przyszłości będzie krwi mieszanej […]. Przyszła rasa euroazjatycko-negroidalna, zbliżona do starożytnych Egipcjan, zastąpi wielość narodów wielością osobowości.[13]

            Maurice Caillet[14], mason Wielkiego Wschodu Francji, w liście do Martine Aubry, francuskiej minister zdrowia, wyraził natomiast opinię, że Dodatkowo wszystkie te działania dadzą pozytywny skutek w postaci rozwiązania problemu demograficznego, który zagraża przyszłym emeryturom i umożliwia ONZ proponowanie nam dużej fali imigracji.[15]

            Kanadyjski rabin Abraham Feinberg na łamach wydawanego w Toronto czasopisma chrześcijańskiego „Maclean’s Review” zwrócił się do swych katolickich i protestanckich czytelników z apelem:

            Jedynym rozwiązaniem konfliktów społecznych są małżeństwa międzyrasowe […], toteż pilne jest przyjęcie ustaw zachęcających do mieszania krwi; celowa promocja małżeństw mieszanych, to jedyny sposób na przyspieszenie zmian, które doprowadzą do całkowitego wyeliminowania przesądów rasowych – poprzez zlikwidowanie odrębności ras.[16]

            Tymczasem – zauważa Epiphanius – „New York Times” oddał w 1974 r. całą stronę na reklamę National Comittee for Furtherance od Jewish Education adresowaną do młodzieży żydowskiej, gdzie małżeństwa międzyrasowe zostały jednoznacznie napiętnowane:

            Małżeństwa mieszane są narodowym i osobistym samobójstwem. Najbardziej niezawodnym sposobem na zniszczenie narodu jest nakłonienie go do zawierania małżeństw poza jego religią […]; wówczas można być pewnym, że mężczyźni i kobiety utracą swoją tożsamość. Wartości i zasady, które wniosły tak ogromny wkład we współczesną kulturę i cywilizację [narodu żydowskiego] znikną z powierzchni ziemi.

            Doświadczenie zgromadzone przez trzy tysiące lat, bogata spuścizna narodowa, słowem: wszystko, co jest istotnie wasze, zostanie bezecnie zaprzepaszczone. Jakiż to ból! Jaka katastrofa! Jakaż hańba![17]

Autor Ukrytej strony dziejów zwraca czytelnikowi uwagę, iż religia żydowska kładła zawsze, nieomal od zarania, nacisk na różnice i antagonizmy rasowe. Oznacza to, że propozycje niektórych wywodzących się z tego wyznania architektów Nowego Porządku Świata, kierowane do narodów chrześcijańskich, aby wyrzekły się one swojej pamięci, historii i tożsamości i aby rozpłynęły się z międzyetnicznym, wielowyznaniowym i wymieszanym rasowo społeczeństwie świata, składane są w złej wierze.

W ocenie Epiphaniusa reżyserzy Wielkiego Dzieła, które ma doprowadzić do Rządu Światowego, wiedzą, że główną przeszkodą na drodze do Synarchii[18] jest wielość religii, a co za tym idzie – tradycji. Toteż poprzez mieszanie tych religii i tradycji – przede wszystkim dzięki wędrówkom ludów – chcą oni doprowadzić właśnie do narodowego samobójstwa (posługując się określeniem użytym przez National Committee for Furtherance of Jewish Education), do rozpłynięcia się ludów ziemi w synkretystycznym konglomeracie, z którego wyłoni się Nowy Człowiek – zgodnie z ideologią New Age.

Francuski dziennikarz zajmujący się zagadnieniami globalizmu Yann Moncomble zauważa, że Regionalizm i globalizm sytuują się na dwóch szczeblach federalizmu; są one względem siebie komplementarne, toteż powinny być przedmiotem równoległych działań[19] – co oznacza wyrok na państwa narodowe. Jest to koncepcja zmierzająca do podziału ich na mniejsze regiony, nad którymi łatwo będzie zapanować w ramach światowej federacji. Wszystko to doskonale współbrzmi z wizją „Mistrza” Alice Bailey[20], „Tybetańczyka” [Djwhala Khula], który akcentował konieczność zniesienia zasad, które wyrządziły światu tyle krzywd, a które można streścić dwoma słowami: suwerenność i nacjonalizm.[21]

Epiphanius uważa, że globalizmowi chodzi o szybką asymilację kultur, czyli ich zniszczenie. A dalej: o powszechny konformizm i o wymazywanie pamięci historycznej narodów; o wykorzenienie tradycyjnych religii – ale przede wszystkim religii katolickiej, która przechowała ponad wszelką wątpliwość depozyt Prawdy samego Jezusa Chrystusa.

Zdaniem Epiphaniusa szereg instytucji Zachodu przyjmuje hierarchiczny sposób patrzenia na świat. Jako przykład wskazuje Information Awareness Office (Biuro Pozyskiwania Informacji) działające w Pentagonie w ramach Defence Adwanced Research Projects Agency (DARPA – Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych Obrony Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych). Negują one demokrację rozumianą jako oddolne nadanie władzy, wskazując masom jedynie rolę tłumu indoktrynowanego i ogłupianego przez medialny zgiełk, co ma zapewnić pokojowe współistnienie ludzkości.

Wniosek z książki Epiphaniusa wypływa taki, że obecność Polski w Unii Europejskiej jest poważnym błędem i że ceną korzyści ekonomicznych stała się utrata narodowej wolności i całej tej kultury, która przez tysiąclecie kształtowała Naród Polski. Co więcej, zyski z przynależności do UE są wątpliwe, gdyż pozostanie państwem niepodległym umożliwiałoby prowadzenie samodzielnej polityki gospodarczej i przemysłowej. To z kolei mogłoby długofalowo przynosić profity dużo większe i to bez wyzbycia się majątku narodowego oraz bez zaciągnięcia przez Państwo niemożliwego do spłaty długu.

Wystąpienie z Unii Europejskiej byłoby pożądanym lekarstwem na serwowaną nam propozycję wyrzeczenia się Ojczyzny, wiary i kultury. Nie będzie to jednak proste i należy liczyć się z tym, że w odpowiedzi na nasze dążenia niepodległościowe Wysoka Finansjera może postawić Państwo Polskie w stan upadłości. Czyż nie po to bowiem kolejne rządy III RP pod dyktando międzynarodowych instytucji finansowych zadłużały niewyobrażalnie naszą Ojczyznę, niszczyły polski przemysł i likwidowały siły zbrojne, aby odebrać Polakom możliwość skutecznej obrony przed agresją Zachodu?

Niemniej trud walki o suwerenną Polskę podjąć należy. Być może dogodną okazją do uwolnienia się od dominacji Rządu Światowego i jego ekspozytur w postaci instytucji Unii Europejskiej, będzie spodziewane opuszczenie tej Unii przez Wielką Brytanię.


[1] Przegląd wolnomularski „Le Temple”, s. 50-51; cytat u Pierre’a Viriona, Bientôt un gouvernement mondial?, wydawnictwo Téqui, 1967, s. 255; (wydanie polskie: Rząd światowy. Globalizm. Antykościół i Superkościół, Komorów 2006).

[2] http://stosunki-miedzynarodowe.pl/slownik/63-p/686-pugwash

[3] Cytat za „La Revue des Etoiles”, 1947.

[4] http://en.wikipedia.org/wiki/Round_Table_(club)

[5] Zob. „Royal institute of International affairs”, numer z grudnia 1931.

[6] http://pl.wikipedia.org/wiki/Grupa_Bilderberg

[7] http://pl.wikipedia.org/wiki/Komisja_Tr%C3%B3jstronna

[8] „Entreprise” z 18 lipca 1970.

[9] Akta Konwentu Wielkiego Wschodu, 1928, s. 120.

[10] „Valeurs Actuelles” z 23 września 1974.

[11] „USA Magazine” z 12 sierpnia 1955.

[12] http://pl.wikipedia.org/wiki/Richard_Coudenhove-Kalergi

[13] Praktischer Idealismus. Adel – Technik – Pazifismus, Wiedeń – Lipsk, Paneuropa-Verlag, 1925, s. 22-23.

[14] http://fr.wikipedia.org/wiki/Maurice_Caillet_(m%C3%A9decin)

[15] „Lectures françaises” nr 518, czerwiec 2000, s. 42.

[16] Yann Moncomble, Du viol des foules à la Synarchie ou le complot permanent, Paris, 1983, s. 282-283.

[17] Yann Moncomble, op. cit,, s. 282.

[18] Synarchia oznacza połączenie władzy religijnej z polityczną.

[19] Yann Moncomble, L’irrésistible expansion du Mondialisme (Niepohamowana ekspansja Globalizmu), Paris, 1981, s.88.

[20] http://pl.wikipedia.org/wiki/Alice_Bailey

[21] Alice Bailey, I problemi dell’umanità, 1946.